la vida es el viaje mas hermoso...
Jak mi ktoś napisze "Głask", "Cmok", "Uwierz w siebie", albo będzie próbował mną werbalnie potrząsać, to wyrwę głowę i napluję do środka. Na szarlotkę już nie zapraszam, albowiem mam zepsuty piekarnik.
Nowy pracownik
Jak widać na załączonym obrazku sprzedajemy bardzo duże misie. Tu przypominam, że 25-go listopada jest dzień pluszowego misia, więc miejcie to na uwadze. To była dygresja. A w zeszłą niedzielę nieco nas w pracy waliło, zwłaszcza, że w niedzielę zwyczajowo ruch jest typu wszystko albo nic. Albo kręcimy się jak trzy frygi, nie wiedząc w co najpierw ręce włożyć, albo zwisamy ze stołków, prowadzimy piętrowe dyskusje i wymyślamy głupoty. Tym razem w ramach ekspertymentu socjologicznego przytaszczyliśmy kolegę ze stoiska, posadziliśmy jego futrzany zad na stołku, daliśmy mu sprzęt biurowy i patrzyliśmy, jak się klienci będą wychylać.
A tu siurpryza, bo nie wychylali się wcale. Normalnie, facetka stanęła tuż obok w oczekiwaniu na rozpatrzenie reklamacji i nawet jej powieka nie drgnęła. Jedynie dwoje małych dzieciąt zwróciło uwagę na wcale nieskromną górkę z futerka, ale ich protoplaści nawet się nie odwrócili w pokazywanym paluszkami kierunku. Spoko, wiadomo, że u nas pluszowy niedźwiedź robi na pół etatu. Nie ma się czym ekscytować.
Następnym razem posadzimy gołą babę, jeśli jakaś się zgodzi.
Gallina scripsit 2009-11-20 22:20:29
skomentuj (4)
To se ne vrati, pane Havranek
Wczoraj wstałam o dość kontrowersyjnej godzinie z mocnym postanowieniem, że muszę coś zrobić, żeby tego dnia z kretesem nie zmarnować. Tak jakoś mam, że na dziesięć kompletnie bez sensu przesnutych przypada jeden, który koniecznie chcę spędzić pożytecznie. Chociaż w części. Wzięłam zatem mego kierowcę i ruszyliśmy w miejsce, którego los okresowo spędza mi sen z powiek. Jak wiadomo, spanie to moja główna i ukochana aktywność i jeżeli coś mi w jej wykonywaniu przeszkadza, to musi to być naprawdę sprawa wagi państwowej.
Tym razem po nocach straszył mnie mój Dziadek, który zmarł już nie powiem kiedy, a dotąd nie ma na grobie tabliczki. Miał taką z pogrzebu, blaszaną na kijku i tak mu jakoś zostało. Ja generalnie nie mam żadnego nabożeństwa dla grobów i dbam o nie o tyle, że zdaję sobie sprawę, że było to ważne dla ich lokatorów. Nie wiem doprawdy, czy dla Dziadek również przywiązywał do tego wagę, zwłaszcza, że raczej nie byłam świadkiem. Przeciwnie, mój Dziadek był to typ dziwny i aspołeczny, a ja mam to po nim. Ale sądzę, że mój Ojciec chciałby, żeby jego protoplasta miał porządny nagrobek.
I tak mnie sumienie podgryzało takimi małymi ząbkami, że w końcu pojechaliśmy te 40 kilometrów, aby ocenić stan rzeczy. Dzień sobie wybraliśmy zaiste rewelacyjny na wycieczkę i dodatkowo wyjechaliśmy w samo apogeum opadów. Dobrze, że się do Hondzi po drodze wody nie nalało. Ja się tylko cieszyłam, że nie mam tego słynnego prawa jazdy i mogę się wysługiwać Starszym Szeregowym. A on się cieszył, bo generalnie uwielbia prowadzić i warunki mu niestraszne. Jak na wyprawę na cmentarz, to się strasznie oboje cieszyliśmy.
Cmentarz jak cmentarz. Mokry. Zmierzyłam nagrobek, cyknęło się ze dwie fotki, żeby było jak zaprojektować i chodu. Podjechaliśmy jeszcze pod mą hacjendę, zamoczyliśmy nogi aż po same końce w wysokiej trawie, wspięliśmy się na nasyp od autostrady, pokazałam Gawronowi jak się szło dalej naszą ścieżką aż na stację kolejową i poryczałam się z żalu, że to już niemożliwe. Dupa zbita, abstrahując od faktu, że absolutnie mnie na to nie stać, nie mogłabym nawet mieć domku letniego na tym kawałku, co się został. Chyba ryczałabym codziennie. Żywiołowo nienawidzę tej autostrady, choć wiem, że to dla dobra narodu.
Gallina scripsit 2009-11-12 20:28:03
skomentuj (5)
Przyczynowo i skutkowo
Najpierw nie chciałam wychodzić, bo byłam głodna. Teraz się najadłam i nie chce mi się wyjść.
Gallina scripsit 2009-11-12 15:13:23
skomentuj (5)
Inny Matrix klienta
Odbieram wczoraj telefon w pracy. Nic nadzwyczajnego. Wszak odbieranie telefonów wchodzi, o zgrozo, w zakres moich obowiązków. Anyway, jest jakaś 20.25, a ja, wypowiadając standardową formułkę, odbieram.
"Dobry wieczór" rzecze głos po drugiej stronie drutu "Czy BDS jest jeszcze czynny?"
"Ależ oczywiście! Do godziny 22-giej jesteśmy zwarci i gotowi."
"A ja myślałem, że już zamknięte, bo od pół godziny dzwonię i nikt nie odbiera..."
A łyżka na to: "Niemożliwe!". Przez ostatnie pół godziny nasz telefon milczał jak grób pobielany, więc bardzo jestem ciekawa, gdzie ten pan nie mógł się dodzwonić. Wot, zagwozdka.
Gallina scripsit 2009-11-06 11:45:40
skomentuj (11)
Praktyka, która czyni
Jedną rzecz w życiu robię naprawdę perfekcyjnie, mało kto mi tu podskoczy i mogłabym startować w zawodach. Tak, chodzi o spanie. Ostatniej nocy padła mi bateria w telefonie, skutkiem czego poranne budzenie nie zaistniało i otworzyłam oko o godzinie 10-tej z poczuciem, że coś jest trochę nie halo. Sława Bohu, że do roboty miałam na 15-tą, ale moje plany, nieodłącznie związane z rześką pobudką co najmniej o 7.30 zostały mocno pokrzyżowane. A w planach było wykonanie większej ilości ruskich pierogów, na które ziemnaki ugotowałam już w poniedziałek. Farsz, zrobiony łapkami Węża, bo w końcu ja się nie rozczworzę, spoczywał w czeluściach Lewiatana i groziła mu rychła zagłada.
Zagniotłam więc ciasto z pół kilograma mąki, Węża postawilam do lepienia kulek-farszulek i wezwałam mego kierowcę, gdyż z obliczeń mi wyszło, że albo pierogi, albo autobus. Wybrałam pierogi, bo dawno ich nie robiłam. A muszę czynić to częściej, bo lubię. I pożerać i wykonywać. Mogłabym tak działać zawodowo. Powiesić sobie w kuchni na ścianie telewizor z Discovery i pierożyć do upojenia. Kiedyś nawet wyprawiłam pierogowe przyjęcie, na które kupiliśmy stół, ale to już całkiem inna historia.
Kierowca otrzymał swoją część wytworu mych skrzydeł wprost z wielkiego gara i okrutnie a smakowicie mlaskał. Werbalnie też chwalił. Ja się najadłam bez komentarzy, za to do wypęku. Węża zostawiłam nad nadżartą hałdą odsmażonych na oleistej cebulce. Piszczał wprawdzie słabo, że tylu nie da rady, ale spokojnie, ostatecznie został pusty talerz. One się same podstępem wślizgują w niczego się niespodziewający otwór gębowy.
W spaniu jestem bezkonkurencyjna, ale pierogi też mi niezłe wychodzą.
Gallina scripsit 2009-11-06 00:38:12
skomentuj (23)
Someone up there loves me
Ktoś z łódzkiego MPK czyta mój blog. Dziś przyjechał po mnie taki rozkoszny, cieplutki tramwaik.
Gallina scripsit 2009-11-05 23:42:39
skomentuj (3)
Drżączka zębowa
"Do Dyrekcji Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Łodzi
Drodzy Państwo,
Jak Państwo może nie zauważyli, nadeszła już zaawansowana jesień, a co za tym idzie, zrobiło się zimno. Do przymrozków włącznie. Państwo nie zauważyli, bo zapewne Państwo są zmotoryzowani i już od połowy września włączają sobie ogrzewanie w swoich, dajmy na to, Mercedesach. A na trasie Łódź - Pabianice lub odwrotnie, nikt ogrzewania nie włączył i tak mnie to intryguje, dlaczego, zwłaszcza, że pojazdy kursujące po Łodzi są wyraźnie ogrzewane. Czymże sobie pasażerowie linii P zasłużyli na takie wyróżnienie? Przecież nie trzęsą się w tramwaju za darmochę, tylko kupują bilety. Ja przynajmniej kupuję i widziałam, że inni podróżujący też się nie uchylają. Czy może w okresie jesienno-zimowym powinno się dopłacać?
Czy Państwo wiedzą jak to jest, jechać prawie pół godziny w lodowatym tramwaju, który na każdym przystanku staje się jeszcze bardziej lodowaty? A kiedy się siada na przeraźliwie zimnym plastikowym siedzeniu, to mimo woli wydaje się krzyk długi i przeciągły, bo całe zaszparowane ciepło z człowieka ucieka przez zadek. Oraz czuje się ten człowiek jak obywatel drugiej kategorii, gdy do celu dojeżdża nieco oszroniony. Ja proponuję jeszcze w ogóle wyrzucić te siedzenia w cholerę i niech bydło jeździ na stojąco - łatwiej będzie przytupywać i zabijać ręce.
Wasza, mimo wszystko wierna, pasażerka"
Jak myślicie, wysłać do nich ten list? Powiedzmy, że nieco dziś zmarzłam w tramwaju, choć tym razem akurat siedzenia były z gatunku tapicerowanych, co naprawdę zwiększa komfort jazdy wychłodzonym pojazdem. A wychłodzony był, choć stał na pętli z zamkniętymi drzwiami, ale zatrzaśnięci w środku pasażerowie niewiele jeszcze nachuchali. W dodatku, żeby do niego wejść, musiałam wcisnąć guzik otwierania drzwi, które się, oczywiście, otworzyły i wtedy zrobiła się taka wielka rozdziapa, przez którą wiało. I nie była to jedyna rozdziapa, bo dziewczyna, która wsiadała równolegle do mnie nie mogła zrobić tego przez te drzwi, które ja już otworzyłam. Nie, przyjaciele i sąsiedzi. Ona musiała koniecznie sobie otworzyć własne drzwi niczym osobisty magiczny portal.
Za to niniejszym niech się darzy panu w beżowej kurtce, który wysiadając skorzystał z drzwi otwartych już przez innego pasażera, choć musiał do nich podejść trzy kroki.
Gallina scripsit 2009-11-03 23:08:33
skomentuj (12)
Rachu ciachu i po strachu
Dzień dzisiejszy miał przedstart. Gdy o godzinie 6.15 zadzwonił mi budzik, posłusznie otworzyłam oczy i przez chwilę zastanawiałam się po kiego grzyba mam wstawać o tak plugawej porze, skoro mam wolne. A potem mi się przypomniało i poszłam skopać Węża z jego katafalku, by mógł złapać za ogon pociąg do Poznania. Sama zaś runęłam na powrót w bety i tylko wrodzone poczucie obowiązku kazało mi się z nich podnieść za jakiś czas.
A potem ja, moje poczucie obowiązku oraz Gawron znów w roli nosiciela poszliśmy do Matki, by objuczyć się zniczami. Na miejsce dotarłam tak zagotowana z złości, że dym walił mi gęsto uszami. Powodem była oczywiście moja nowa kurtka, z którą jestem na wojennej ścieżce. Gawron tulił się do mego boku malutki i zestresowany, bo na mój niehumor ma on reakcje ekstremalne i ciężko go przekonać, że wściekam się nie na niego. Na razie, bo na niego owszem, zaraz zacznę, jeśli nie będzie zachowywał się w sposób zbliżony do normy.
Na cmentarzu byłam po raz pierwszy bez Matki, która była niedysponowana i czekało mnie trudne zadanie samodzielnego zlokalizowania grobów prababci i dwóch ciotecznych babć, a może raczej babecznych cioć. Poszło nad podziw dobrze i szybko. W ogóle przemknęliśmy przez cmentarz piorunem, podrzucając tylko znicze to tu, to tam i unikając spotkań z rodziną. Refleksję i tak noszę w sobie, zaszytą w puchu na brzuchu.
A w drodze powrotnej gotowałam się jakby mniej, bo wpadłam na światły pomysł, żeby tę zmorę nieco rozpiąć od góry. Wtedy nie czułam się jak Robocop i mogłam z biedą ruszać rękami. Ale topór pozostaje wykopany.
Gallina scripsit 2009-11-01 23:13:22
skomentuj (9)
Masłem na dół
Wczoraj z dworca biegiem, a właściwie Hondzią na cmentarz, zrehabilitować się za rok ubiegły i odliściować groby. Zwłaszcza Ojca, bo jego barwinek jest mocno liściochłonny. Wpadają, grzęzną i żaden wiatr ich nie wywieje. Przy okazji spojrzenia na grób na przeciwko, Matka poczyniła uwagę, że takie ładne, żółte listki to by mogły sobie leżeć na wierzchu, bo są dekoracyjne. Dzisiaj ich tam będzie z pewnością skolko ugodno, bo w nocy był psi mrozek i teraz lecą jeden za drugim. Pięknie to wygląda, jak tak się odrywają i powoli płyną w dół.
A co było wczoraj i przedwczoraj, a nawet przedprzedwczoraj, to jeszcze opowiem. Jak się wreszcie wezmę w garść. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale muszę, bo tyle wydarzeń mi przepada w tym moim braku entuzjazmu. Tymczasem powoli, ale skutecznie robię się coraz grubsza. Oprócz tego stale planuję, co kupię, gdy odzyskam płynność finansową. Nadal jestem antykonsumpcyjna, ale prawie wszystkie skarpetki mi się już podarły. A na razie dziś do roboty, a jutro rajd ze zniczami. Poszuszczę sobie w liściach w ramach radości życia.
Gallina scripsit 2009-10-31 11:24:19
skomentuj (12)
Kurtka na wacie, płaszcz
Ponieważ zaglądanie do okolicznych lumpeksów nic nie dało w kwestii okrycia wierzchniego, to wzięłam dupę w troki i zgrzytając dziobem udałam się do słynnego Centrum Handlowego w nadziei, że na tak ogromnej powierzchni większe będzie prawdopodobieństwo znalezienia czegoś sensownego. Wiadomo czyją matką jest nadzieja i tak też się czułam maszerując między stertami paskudztwa. Owszem, były też rzeczy niepaskudne, ale kurtki skórzanej sobie nie kupię, bo i tak już się zdebetowałam. Flauszowego płaszczyka też nie, bo jakoś mi nie pasuje do całości. A cała reszta, eee... Niedobrze jest mieć precyzyjne wymagania.
Ile ta cała reszta kosztuje nie pytałam, bo i tak nie było tam nic, co bym tknęła nawet metrowym kijem, ale niechcący usłyszałam, jak sprzedawczyni podała klientce cenę nabłyszczanego koszmarka, który ta przymierzała. Lekko mnie wtenczas zapowietrzyło i dalej poszłam podśpiewując sobie fałszywie "co ja robię tu, u-u". Niedobrze jest podsłuchiwać.
W końcu wynurzyłam się z jednego zaułka prosto w szatę z akceptowalnego uczynioną tworzywa, choć koloru całkowicie nie mojego. Jednak ma nadzieja powstała na nowo i już za moment pani sprzedająca przyoblekła mnie w równie akceptowalny chałat, do tego w słusznym odcieniu. Choć w niesłusznym rozmiarze. Pani mnie przekonywała, że świetnie wyglądam, bo w istocie nabrałam wręcz wężowej linii, ale ja ją przekonałam, że niezbędna jest mi możliwość poruszania rękami. I dała mi rozmiar XL, o zgrozo, w którym linia wróciła do znajomego worka na kartofle, ale byłam w stanie samodzielnie założyć plecak. Niedobrze jest mieć nadmiernie rozbudowaną górną część ciała.
Nie był ten chałat może idealny, ale tonący brzydko się chwyta, a ja przede wszystkim chciałam kupić coś w miarę zbliżonego i szybko się ewakuować. I tak za dużo czasu już tam spędziłam i lada chwila mogłam zacząć krzyczeć, lub co gorsza, śpiewać. Niestety, po przyjeździe do Gniazda i dogłębnej analizie, zakupiony chałat jeszcze bardziej oddalił się od ideału. Jest wprawdzie z bawełny, ale się okrutnie kłaczy i powinien mieć odkurzacz w komplecie. Miał przy kapturze jakieś nieszczęsne i nielicujące futerko, które oczywiście odprułam, ale ten kaptur sam z siebie jest jakoś od czapy przyszyty. Pomimo, że XL, to chałat i tak niemalże wpija mi się pod pachy. Poza tym, jest cholernie ciepły, a ja tak naprawdę potrzebuję czegoś jesienno-wiosennego i zapewne przez najbliższy czas będę się przemieszczać w BDS polarze. Niedobrze jest robić zakupy na chybcika.
Odkupi ktoś fajną kurtkę?
Gallina scripsit 2009-10-26 10:17:38
skomentuj (21)

|
|
|
|
The owner
wygląda tak:
Wariat - człowiek percepcyjnie odmienny, cierpiący na dużą niezależność umysłową.
Oxygen the Bird
My velvet sweetheart
księga gości
2009 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec
ABCD aga-koty-klopoty alty babski-motyw be-re carramba = Halka cashew change-of-seasons = Małgośka chockolada cloudy co-ze-mnie-wyroslo daffo deus dintojra ds
EFGH emuemi evva farewell-my-lovely fenix-felix fringilla gadzi = Ewe girri gogenzola gudrun helena
IJKL idiomka kura-w-gorach = Kwoka na Dolinie issue justthewitch kalevala = Agne k-a-ta-r-z-y-n-a kociubinska kot-wspanialy kurde-mol lumpiata lustrzane-odbicie
MNOP perdo pierzynka marmonka mattkapolka melissa merigold mignona missbartender = Meg mlodamezatka mlody-duchem moje-waterloo motyla-noga narzeczona-lukego odchudzam-sie od-rana-do-wieczora passkuda peensleep pierwszaklasa
RSTU scarabee radziecki-termos = Bajka skafander-i-hiena sobie-a-muzom spotlessmind starapanna szarosc szeherezada-stiepanowna szybkozapominam = Kay tasso thea towarymieszane = Cot traszka tuv
WVXYZ we-against-the-world = Raszpelmątwa waiting warkot = Biko w-kolo-macieju zapiski-tesciowej
Mnożenie bytów = mój drugi blog lektury-pewnej-kury Przyczółek Wysunięty, czyli My Extended Bridgehead
Bygones = nielot.blog grudzień 2003 styczeń 2004 luty 2004 marzec 2004 kwiecień 2004 czerwiec 2004 lipiec 2004 wrzesień 2004 listopad 2004 styczeń/luty 2005
Written with a Claw Story One Story Two
What's a bird? Long ago with a Camera Little Furry Fellows My mother - the Hen
|