la vida es el viaje mas hermoso...



Jak mi ktoś napisze "Głask", "Cmok", "Uwierz w siebie", albo będzie próbował mną werbalnie potrząsać, to wyrwę głowę i napluję do środka. Piekarnik już mam działający, ale na szarlotkę nie zapraszam, bo i tak nikt nie przyjedzie.


To tylko kosmetyka

Z okazji Dnia Matki poniosłam wydatki. Ale na Matkę żałować nie będę! Prawdę mówiąc wstrzeliłam się w to święto, a raczej jego przeddzień, zupełnie przypadkiem, bo jako istota nieświętująca te wszystkie dni kogoś tam czniam obojętnie. Matkę mam całorocznie i dbam, ale akurat postanowiłam zafundować jej tylnym łapom luksuśny oraz leczniczy pedicure w miejscowym spa. W tym celu załadowałam rodzicielkę na Bzykę i z fanfarami powiozłam przez miasto. No, w z tymi fanfarami trochę przesadziłam, ale powiozłam sprawnie. Matka wyszła zygzakiem po półtorej godzinie, ale była zadowolona, choć pod gorącym okładem stopy niemal ugotowały jej się na twardo. Nie próbujcie tego w domu.

Moje łapy trochę wcześniej też dostały swój łapicure z użyciem frezarki my love, a potem jeszcze pani kosmetyczka obejrzała me cielsko na okoliczność zastosowania jakiś zabiegów ujędrniających, gdybym przypadkiem cierpiała na nadmiar pieniędzy. Uznała, że mam bardzo zaawansowany tudzież zastarzały cellulit na żabich udkach i poleciła rewelacyjną oraz rewolucyjną metodę, która zwie się Midas. Nie polega bynajmniej na zamienianiu pacjenta w złoto, ale na jakimś tajemnym schładzaniu i podgrzewaniu tkanki, co w rezultacie pomaga zamordować komórki tłuszczowe. Brzmi cudnie, ale zaiste trzeba być Midasem, żeby z tego skorzystać i na taki nadmiar środków finansowych raczej cierpieć nie będę. Ja i mój zaawansowany cellulit razem się zestarzejemy.

Gallina scripsit 2012-05-26 22:33:48 skomentuj (0)
Jak Ptak wyszedł z Gniazda i wrócił po trzech dniach

W zeszłą środę o godzinie 7.20 ptak Dodo wstrząsnął pierzem, złapał plecaczek-szczeniaczek i poszedł jechać do Radomia. Tym razem w nastroju nieco minorowym, bo niejako zabrać swe zabawki i rzec "cześć i dzięki za ryby". Z drugiej strony z takim poczuciem, że się utnie i będzie z głowy, bo ja nie lubię, jak się coś za mną wlecze. Albo w tę, albo wewtę. Albo jest dynamika, rozwój i jakieś perspektywy ( co zresztą wcale nie oznacza, że trzeba być w związku, widywać się co tydzień i pisać 15 SMSów dziennie ), albo nie ma co się wygłupiać. Wiem, jestem maniaczką jasnych sytuacji. Jeśli Radomski stwierdził, że moja depresja zagraża jego starannie pielęgnowanemu szczęściu, to niech przestanie się do mnie odzywać i wprowadzać mi zamęt. Niech odda mi książkę i wszystkiego najlepszego. Tak, jemu też pożyczyłam książkę, bo jak kogoś lubię, to tak jakoś czynię nieopatrznie. A tej książki akurat nie daruję, bo to jedna z najulubieńszych. Zresztą, przez prawie dwa miesiące jej nie przeczytał, symultanicznie nadając komunikaty jaki to miał nudny dyżur. To mógł wziąć i czytać, jak się nudził.

Anyway, szlag mu na monogram. Wsiadłam i pojechałam, podrzemując, a w antraktach ciesząc oko widokiem mijanych upraw rabarbaru. Rabarbar znam ze swego ogródka i nigdy dotąd nie widziałam go normalnie na polu w ilościach hurtowych. Dojechawszy, uwiłam tymczasowe gniazdo na dworcu PKS, gdyż Radomski akurat miał wezwanie i był niedostępny. Udostępnił się za jakieś 1,5 godziny i najpierw pojechaliśmy na słynne podobno, miejscowe zapiekanki, potem na moment zostałam pozostawiona w parku, bo kolega musiał odebrać dziecko z przedszkola i podrzucić ex-żonie, a potem to już łaziliśmy tam i siam, podwożąc się motorem. Nigdzie dalej jechać nie mogliśmy, gdyż tak naprawdę Radomski był w pracy, tzn. uwiązany do telefonu i w każdej chwili mógł być wezwany. Ale nic się nie działo, więc podjeżdżaliśmy, łaziliśmy, gadaliśmy i ogólnie było przytulnie, bo to kontaktowy i inteligentny człowiek, ale ja się nie wpisuję w jego pomysł na życie k'sażaleniu.

Absolutnie szczerze i z ręką na wątrobie - jest mi cholernie przykro z tego powodu. Pomijając już ten nagły początkowy wybuch euforii i takie szalone, choć przedwczesne podobanie się sobie, to bardzo by mi się przydał taki przygodowy kolega, co to hop na motor i na wycieczkę. Bardzo mi będzie tego brakować. Ale tak wyszło, że nie wyszło, więc wzięłam książkę, pożegnałam się i pojechałam z powrotem. Po drodze nieco się skarżąc SMSem Eskulapowi, że późno i z komplikacjami wrócę do Gniazda, bo wydostanie się z centrum Łodzi po godzinie 20 jest mocno upierdliwe. W odpowiedzi uzyskałam ofertę pozostania w tej Łodzi, jak już w niej będę. No tak, ale następnego dnia rano do pracy, a ja bez klucza do szafki i identyfikatora. A co za problem, wstaniemy wcześniej, pojedziemy szybko do Pabianic, a potem jeszcze szybciej do pracy. OK. Zatem po wylądowaniu w Łodzi wsiadłam w tramwaj numer 13 i udałam się w stronę przeciwpołożoną do mego miejsca zamieszkania. Po czym zebrałam opierdziel, że po co się tłukę tramwajem, przecież by po mnie przyjechał.

To było spotkanie nadprogramowe, ale następnego dnia po pracy, którą akurat wyjątkowo kończyliśmy o tej samej porze, byliśmy umówieni na szukanie prezentów dla różnych Eskulapich chrześnic i chrześniaków, którzy właśnie zaczynają sezon urodzinowy. Nie powiem, była to ciężka praca, bo kolega nie należy do ludzi, którzy dają w upominku pierwszą lepszą książkę, czy grę. Spędziliśmy w Empiku i Smyku ładnych kilka godzin, oglądając wszystko pod światło. Mieliśmy też z tego kupę zabawy, zwłaszcza w obliczu obiektu pod tytułem "Garnuszek na klocuszek". Od razu powiem, że wbrew pozorom nie był to nocnik. Anyway, prezenty zostały zakupione, a także został zakupiony Drozd, czyli jedyna na stanie Empiku maskotka-ptaszek z nagranym autentycznym głosem, który wydaje naciśnięty na plecki. Jest kochany. Przeze mnie i dla mnie został zakupiony, za co Eskulap nieco się fochnął. Bo on by mi go kupił, skoro mi się spodobał. Za moment fochnął się jeszcze raz, bo zakupiłam też książkę, którą mu za chwilę dałam w prezencie. Bo dlaczego mu kupuję, skoro nie siedzę na forsie. A on to niby siedzi? Chciałam mu coś dać, bo dużo od niego dostałam. A niby co takiego? Szczoteczkę do zębów. Tu kolega zamilkł i przestał się fochać.

Następnego dnia znów zostałam odwieziona do pracy, tym razem już nie przez Pabianice, a potem chwilowo dałam Eskulapowi spokój i wróciłam autobusem. Okropnie zresztą zdegustowana i wdzięczna, że na ogół mam Bzykunię. Jednak najbardziej lubię wozić się sama.

Gallina scripsit 2012-05-21 01:17:36 skomentuj (29)
Węglowodany

Nic nie wymyśliłam, za to najpierw zaprowadziłam Matkę na prześwietlenie, a następnie siebie do endokrynologa. Który to endokrynolog bardzo się zainteresował sporym siniakiem na mej łabędziej skądinąd szyi i nawet prawidłowo określił genezę tego obrażenia, co go nader rozbawiło. A potem zwiększył mi dawkę lekarstwa. Może dzięki temu wreszcie poczuję się wyspana?

Następnie w drodze do Gniazda zakupiłam chleb, który jest pszenno-żytni i ma napisane, że pieczony był w bukowych deskach. Que? Jak dla mnie mógłby być pieczony nawet w dębowej beczce, bo jest pyszny i zamiast zrobić na obiad planowane knedle, to pożarłam nie powiem ile kromek tego bukowca deskowatego. Nie bez wpływu na to zdarzenie pozostawał fakt, że Węża na obiedzie i tak by nie było, bo udał się na randkę. Natomiast ja i tak muszę podnieść zad by te knedle zrobić, bo mi się ziemniaki zmarnują.

Gallina scripsit 2012-05-18 20:56:00 skomentuj (5)
Uciekać, czy nie uciekać?

Różne rzeczy się dzieją, które warto byłoby opisać, ale co ja za to mogę, że się skupiam na tej jednej? I jakoś resztę mam jak przez mgłę. Czasem to dobrze, bo być może niedługo nastąpią w moim małym, smutnym życiu zmiany czyniące to życie jeszcze mniejszym i smutniejszym, ale nie mogę o nich myśleć, bo wtedy ogarnia mnie panika. Postanowiłam zatem skoncentrować się na teraźniejszości, nadzwyczaj miłej akurat. Udało mi się przez całe aż dwa dni. Po czym nadal nie myślę o tych zmianach in spe, ale za to wraca temat jak w tytule. Jak zrobić, żeby coś, co mnie uszczęśliwia, równocześnie mnie nie unieszczęśliwiało? Nie napisałam żadnego SMS od wczoraj wieczorem i może tak trzymać? Zero kontaktu i po prostu zniknąć. Albo nie znikać, tylko trenować skupianie się na teraźniejszości. To za trudne na jednego małego ptaka, w dodatku pragmatyka, który zawsze szuka rozwiązań. Gdybym tylko mogła z tego pragmatyka wyciąć melancholika, to na pewno byłoby łatwiej. Znów wszystko dzisiaj swołocz.

Gallina scripsit 2012-05-18 12:42:06 skomentuj (2)
Działka, podejście drugie

Prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że z okazji pierwszych i trzecich mai dostanę monstrualną ilość dni wolnych. Nie zaklepywałam ich, nie ujmowałam w prośbach do grafiku, nie brałam urlopu, bo do niczego nie planowałam i uważałam, że innym wolne dni bardziej się należą. A tu nagle spadło ich na mnie pięć. Pomyślałam sobie, że niechybnie z tej okazji oszaleję i podzieliłam się tą myślą z Eskulapem, z którym ostatnio dzielę się dużą ilością myśli. I równie nieoczekiwanie jako dodatek do wolnego otrzymałam zaproszenie na działkę Eskulapich rodziców. Po łagodnie mówiąc nieudanym działkowym Sylwestrze z Artystą może należałoby wszelakie tego rodzaju zaproszenia z punktu strategicznie odrzucać. Ale z drugiej strony, czy mam teraz do końca życia siedzieć na dupie w chałupie i wszystkiego się bać? Z trzeciej strony, to też kwestia oczekiwań - dwuosobowy Sylwester na zadupiu to miało być spełnienie marzeń i tym większe było rozczarowanie, natomiast w życiu nie marzyłam o upojnej majówce z rodzicami ulubionego kolegi, również na zadupie. W perspektywie byli też znajomi tychże rodziców, czyli dla mej nietowarzyskiej osoby potężne wyzwanie, jednak ostatecznie mi go los oszczędził, bo znajomi nie dotarli.

We wtorek wstałam o jakiejś absurdalnie wczesnej porze, żeby się spakować, zjeść śniadanko i zwolnić chatę, bo Wąż jej potrzebował do własnych celów. Obarczona Don Pedrem oraz bokkenem udałam się niezbyt tanecznym krokiem do Matki na przechowanie i tamże czekałam na kolegę. I czekałam, i czekałam, i czekałam aż wreszcie przybył samochodem po dach załadowanym różnymi planowanymi robótkami ręcznymi oraz jamniczką. Działka okazała się nieco zapuszczonym wiejskim siedliskiem wśród drzew i zajęcy, a rodzice serdecznymi, kontaktowymi ludźmi. Pewien dyskomfort odczułam jedynie z okazji tego, że Eskulap nie wspomniał swej rodzicielce, że nie jem mięsa i biedna kobieta zestresowała się wizją mej rychłej śmierci głodowej pośród przygotowanej do grillowania kiełbasy. Koniec końców wcale ten grill obłożon kiełbasą nie zaistniał, bo jakoś nikt nie miał ochoty, natomiast pan tato wielce się uradował, że będzie miał godne towarzystwo do greckiej sałatki na kolację.

Warunki były dosyć polowe, ale ja jestem przyzwyczajona do noszenia wody ze studni i mycia w misce siebie oraz naczyń. Za to kuchenka była na gaz, a nie na węgiel. Mniej mnie zachwyciła wizja spania na jednym strychu z rodzicami. Wprawdzie w dwóch różnych tego obszernego strychu końcach, ale zawsze. Jednak tworzyć malowniczy, czuły przekładaniec można i przy świadkach, którzy na drugim końcu strychu, po ponad 30 latach małżeństwa, tworzą własny. W bonusie jamniczka, która rozdarta wewnętrznie kursuje od posłania do posłania. Poza tym cisza, spokój, słońce, posiłki na powierzu, zielone pola, ukwiecony sad, piaszczysta droga i całe rzesze wspomnianych zajęcy. A także pierwsze, wygłodzone komary, które mnie znajdą zawsze i wszędzie, cholerni krwiopijcy.

Były to bardzo leniwe dni. Do czego nie jestem przyzwyczajona, bo działka bardziej mi się kojarzy z zapierniczaniem z grabiami niż z siedzeniem na foteliku z gazetką. Eskulap zapowiedział, że on będzie robił różne zaległe techniczne rzeczy, więc żebym zabrała sobie jakąś rozrywkę, co uczyniłam, ale wcale mi się nie chciało ani czytać, ani oglądać filmów. Zresztą reszcie towarzystwa też nie. Takie to trochę odrealnione było. Spanie do oporu, buzi-buzi, długie śniadanko z całą lodówką na stole, kawka, herbatka i czyja znów traz kolej robić herbatkę, bui-buzi, spacerek, zakupy w miasteczku, a może wreszcie pomalutku jakiś obiad, kawka, herbatka, buzi-buzi, spacerek, objazd okolicy połączony ze spacerkiem, może jednak coś poczytać, pomachać mieczem, kolacyjka, drineczek, buzi-buzi, spać. Ponieważ bycie gościem zawsze mi ciężko przychodzi, to i teraz bezszmerowo włączyłam się w gospodarskie obowiązki, czyli gotowanie, zmywanie i robienie herbatek. Oprócz nieuniknionych spacerków ambitnie zamierzałam też trenować, żeby się nie rozeschnąć i drugiego ranka cichutko wstałam o 7.30, co się skończyło dziurą w pięcie i powrotem na boso, gdyż nie spakowałam byłam skarpetek i osobisty but do biegania na gołą założony stopę starł mi ją do żywego. Do dziś jestem ochwacona.

Wróciłam do Gniazda w piątek wieczorem, z torbą pełną bzu dla Matki oraz łzami cieknącymi po policzkach, przerażona powstałym we mnie uczuciem, zagrażającym tej przemiłej relacji. Bo wiadomo, co się dzieje, gdy ja kogoś obdarzam mniej lub bardziej poważnym uczucimem. Kaplica. Dlatego zadaję takie skomplikowane pytania, retoryczne zresztą chyba, o to skąd się bierze wzajemność w miłości. Nie, jak i gdzie się kogoś spotyka, bo to wiadomo, że tu i tam, w przedziwnych czasem okolicznościach. W szkole, na studiach, na weselu kuzynki, w pracy, na dyskotece, na wczasach, w autobusie, na portalu randkowym, w poczekalni u dentysty, albo wręcz w jego gabinecie, na koncercie Kultu, w klubie seniora. Wszędzie, gdzie się bywa. Ale jak to się dzieje, że ludzie chcą ze sobą być. Niekoniecznie na forever. Jak się tak patrzy dookoła, czyta, słucha, ogląda to nawet dość powszechne w przyrodzie i nie wiem tylko, czemu ja oczywiście muszę odstawać od normy. To znów pytanie retoryczne, ale ja chyba już nigdy z żadnym facetem na działkę nie pojadę, bo to się źle kończy.

Gallina scripsit 2012-05-12 23:32:17 skomentuj (17)
Kto sieje wiatr

Mogło być pięknie, a wiadomo jak wyszło. To już za poważne się robi. Czasem ktoś mi się podoba, okazjonalnie jestem pod czyimś urokiem, raz na trzy lata się zakocham, oczywiście bez wzajemności, a raz na dłuższy czas kogoś na serio pokocham. I to jest właśnie ten czas. Scheisse.

Gallina scripsit 2012-05-07 22:18:32 skomentuj (15)
Kendodo

Wczoraj zgodnie z bardzo pierwotnymi planami miałam być całkiem gdzie indziej, a konkretnie na warczącej i krwistej imprezie p.t. Motoserce, ale Radomski już mnie nie lubi, bo nie jestem taka wesoła i wyluzowana, jak mu się na początku wydawało. Co potwierdza teorię, że tracę przy bliższym poznaniu. Oraz wrocławiu. Nawiasem mówiąc, ja jestem wesoła i wyluzowana z jednej strony, a z drugiej melancholijna, refleksyjna i z bardzo poważnym stosunkiem do życia. Jak się okazuje, może to być mieszanką nie do zniesienia, czyli mogło być pięknie, a wyszło jak zwykle. I szczerze wyznaję, że jest mi bardzo przykro, czuję się zawiedziona i pewnie jeszcze będę to tutaj przeżuwać.

Anyway, niezgodnie z jakimikolwiek planami zostałam już w piątek wieczorem porwana przez Eskulapa, zaś w sobotę, po odpowiednim wybarłożeniu się, wyruszyliśmy w przyrodę uczyć mnie kendo. W przyrodę dlatego, że w domu można narobić szkód machając mieczem, chyba że się ma mieszkanie wyższe niż marne, blokowe 2,5 metra. A uczyć mnie kendo, bo Eskulap wiele lat ćwiczył, ma cały potrzebny osprzęt i w sumie, czemu nie. Lubię uczyć się nowych rzeczy w dobrym towarzystwie, choć wszelkie zajęcia ruchowe są bardzo trudne przy moim totalnym braku koordynacji i ubogiej inteligencji kinetycznej. I rzeczywiście szło mi jak krew z nosa. Gorzej niż jeżdżenie w tył po rękawie, czyli fatalnie. Pewnie gdyby to był normalny trening gdzieś przy ludziach, to bym pogryzła bokken z irytacji, że taka ze mnie dupa wołowa, ale w okolicznościach przyrody i z miłym, kosmatym nauczycielem jakoś dałam radę, a dziś tak bolą mnie ręce, że butelkę wody mineralnej muszę podnosić obiema. Miecz podnosiłam dziś też, bo Eskulap pożyczył mi bokken, żebym mogła ćwiczyć, ale miecz to akurat trzeba oburącz.

Jako urozmaicenie treningu wystąpiła pierwsza w tym roku burza, którą przekucaliśmy w krzakach, bo prawdziwy samuraj nie boi się deszczu. Potem niestety przyszła druga w tym roku burza i to tak obfita w opad, że samuraje jednak dali nogę, zwłaszcza że już cokolwiek burczało im w brzuszkach, albowiem czas leciał. W domu objedliśmy się jak bąki strawy lekkiej i przygotowanej mym skrzydłem oraz deseru przygotowanego ręką gospodarza, następnie prasnęliśmy się na materac i obejrzeliśmy francuskich "Nietykalnych", których oceniam wysoko i będę propagować. Tym sposobem utraciłam kolejną szansę na wybranie się na nieco bardziej tradycyjną randkę do kina, ale gdybym miała się zamienić, to jednak wolę wczorajszy dzień od wszystkich randek świata. Wiem, że nic nie może wiecznie trwać, że kolega związkofob i że tylko mnie lubi, ale tak mi trochę było w siódmym niebie.

Gallina scripsit 2012-04-22 21:28:33 skomentuj (8)
Don't be a drag, just be a queen

Oczywiście, nie przypuszcza się również, że na pozór stabilny emocjonalnie i życiowo poukładany człowiek będzie strzelał rasowe fochy oraz próbował mnie wychowywać dziwnymi metodami. A tymczasem związkofob z depresją do szczoteczki dołożył mi ręczniczek oraz spalną koszulkę. Oraz robi na śniadanie jajka po wiedeńsku odziany jedynie w klapki. A ja zmywam jak szalona.

Gallina scripsit 2012-04-17 22:15:00 skomentuj (11)
Stand and deliver

Bardzo proszę siły wyższe, albo niższe, mogą być nawet nieczyste, żebym wreszcie wylazła z tych życiowych uwikłań. Natuerlich, siedzę w nich na własną prośbę, ale przecież jak się coś zaczyna, to raczej myśli się, że jednak wszystko będzie dobrze. Nawet ja tak myślę, choć zawsze jestem przygotowana na najgorsze. Tylko nigdy nie wiem, jakie najgorsze to będzie. Na przykład, jak ktoś chce zrobić prawo jazdy, to chyba nie przewiduje, że mu tramwaj wjedzie w kufer. I że będzie musiał w rezultacie zeznawać w sądzie. Kurka siwa, muszę uzgodnić wersję z instruktorką, bo już nie pamiętam, cośmy nałgały.

Gallina scripsit 2012-04-17 21:05:52 skomentuj (9)
Wielki zbuk et consortes

Za to Wąż, który ostatnio podpadał całościowo, dziś, a właściwie już wczoraj, się zrehabilitował lutując Bzykuni przewód od akumulatora oraz pożerając ćwierć ciasta francuskiego ze szpinakiem. Natomiast nie jest w stanie się wypowiedzieć, czy zbliżające się święta zamierza spędzić w Gnieździe, czy będzie się gdzieś szlajał. Sama bym się poszlajała i gdyby mała być ładna pogoda, to chyba nawet brak towarzystwa nie powstrzymałby mnie przed zdobyciem jakiejś góry.

A święta zbliżają się szparko - w telewizji śniadaniowej pan Piotr Kupicha opowiada, co wtedy robi, a ja do lecącej w tle pieśni układam nowe, świąteczne słowa: "Na rozstaju dróg stoi wielki zbuk - on wskaże ci smrodem". I na własne uszy słyszałam jak dwóch panów koło śmietnika żegnało się zwrotem "Wesołych Świąt!". Pomyślałam sobie, że ostatecznie zawsze można się tak żegnać, bo jakby nie patrzeć, to zawsze się jakieś święta zbliżają.

Gallina scripsit 2012-04-05 00:45:34 skomentuj (6)


       
The owner
wygląda tak:



Wariat - człowiek percepcyjnie odmienny, cierpiący na dużą niezależność umysłową.


Oxygen the Bird

 
 
My velvet sweetheart

 


 

 

księga gości

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec


ABCD
bezodwrotu = Stardust
barbarella
doggiedaisy = Daisy
aga-koty-klopoty
alty
babski-motyw
be-re
carramba = Halka
cashew
change-of-seasons = Małgośka
chockolada
cloudy
co-ze-mnie-wyroslo
daffo
deus
dintojra
ds

EFGH
grossboss
emuemi
evva
farewell-my-lovely
fenix-felix
fringilla
gadzi = Ewe
girri
gogenzola
gudrun
helena

IJKL
imieniny-kota
idiomka
kura-w-gorach = Kwoka na Dolinie
issue
kalevala = Agne
k-a-ta-r-z-y-n-a
kociubinska
kot-wspanialy
lumpiata
lustrzane-odbicie

MNOP
perdo
pierzynka
marmonka
mattkapolka
merigold
mignona
missbartender = Meg
mlodamezatka
moje-waterloo
motyla-noga
narzeczona-lukego
odchudzam-sie
od-rana-do-wieczora
passkuda
peensleep
pierwszaklasa

RSTU
scarabee
radziecki-termos = Bajka
skafander-i-hiena
sobie-a-muzom
szarosc
szeherezada-stiepanowna
szybkozapominam = Kay
tasso
thea
towarymieszane = Cot
traszka
tuv

WVXYZ
waiting
warkot = Biko
zapiski-tesciowej

Mnożenie bytów = mój drugi blog
lektury-pewnej-kury Przyczółek Wysunięty, czyli My Extended Bridgehead

Bygones = nielot.blog
grudzień 2003
styczeń 2004
luty 2004
marzec 2004
kwiecień 2004
czerwiec 2004
lipiec 2004
wrzesień 2004
listopad 2004
styczeń/luty 2005

Written with a Claw
Story One
Story Two

What's a bird?
Long ago with a Camera
Little Furry Fellows
My mother - the Hen