ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Ptak zabity logiką

3 komentarzy

Wczoraj po powrocie z pracuni pognałom przez kałuże, żeby nabyć taką prozę życia jak pyry i marchew na zupkę oraz nieco bardziej poetyczne jabłuszka, gdyż próbuję stosować się do zasady „one apple a day keeps doctors away”. Zapomniałom jednak, że przy sobocie Śmierdzący Sklepik, czyli mój lokalny warzywniak, stoi otworkiem tylko do 15, a było już ciut po. Przeszłom więc dwadzieścia kroków dalej, do spożywczaka, w którym zazwyczaj nie kupuję i spytałom, czy sprzedają prozaiczne warzywa. Otóż nie, nie mają marchewki, bo jak stwierdziła pani sprzedawczyni, obok jest warzywniak i za duża konkurencja. Hm, sprzedają też ciasta, a w budynku obok jest cukiernia. Sprzedają alokohol, słodycze i przekąski chociaż na rogu funkcjonuje przybytek typu „alkohole 24″. Oferują też pieczywo, kasze, ser, wędliny, nabiał, mrożonki, owoce i napoje pomimo obecności dziesięć razy większego sklepu ze wszystkim na kolejnym rogu. Oraz wbrew wszystkiemu mieli nawet ziemniaki poważone po 5 kg. Nie znam się na handlu, ale w obliczu takiej konkurencji chyba logicznie byłoby się zamknąć w cholerę zamiast pozbywać się tylko marchewki. Cóż, pognałom na kolejny róg po komplet zakupów, tym samym wspomagając konkurencję.

Nadszedł czas zepsucia. I wcale nie chodzi mi o to, że pogoda się jakby zjebawszy, tylko Hondzia Civikowa od dwóch tygodni jest w szpitalu. Rokowania są takie sobie, zaś ja przesiadłom się na Bzykunię. Ponieważ, jak już wspominałom, pogoda się zjebawszy, to najpierw jeździłom jako topielec, obficie podlewany górą i dołem. Teraz jeżdżę jako żagiel, bo wiatr jest taki, że mnie wydyma zawsze w którąś stronę. Dawno mnie nikt nie wydymał, kilka lat już będzie, więc w sumie może powinnom się cieszyć. Gorzej, że okresowo próbuje mi również wywiać Bzykę spod zadka, a to już grozi śmiercią lub kalectwem. A jeszcze gorzej, że Bzyka się buntuje. Jak twierdzi Eskulap, chce mi uzmysłowić, że nie podpisywała umowy o pracę w trudnych warunkach. Ja sobie w ogóle nie przypominam, żebyśmy coś podpisywały i myślałom, że nasz związek oparty jest na wzajemnym szacunku i zaufaniu, więc tym bardziej czuję się nieco zawiedzione, gdy ktoś mi nagle gaśnie w strugach deszczu w pół drogi do jakiegokolwiek sensownego miejsca, lub gdy o 5 rano prezentuje spektakularnego flaka na tylnym kole.

Najgorsza w tej całej imprezie jest jednak ilość czasu, jaką jesienny skuterzysta musi poświęcić na przygotowanie do jazdy, by w jej trakcie nie zamarznąć, ani się nie utopić. Do samochodu wybiega się w fikotku* i co najwyżej włącza ogrzewanie. Do skuterkowania trzeba oblec jedną warstwę, drugą warstwę, … siódmą warstwę i jeszcze warstwę ochronną. I tak na kilku częściach ciała. W robocie trzeba je zeblec i tak da capo. Aż radośnie na duchu, że do roboty to się jednak na co najmniej osiem godzin przyjeżdża, bo inaczej by się nie opłacało tymi warstwami żonglować. Trzeba też bardzo uważać, żeby nie pomylić warstew ani części ciała lub nie zapomnieć czegoś zdjąć albo założyć. W zeszłym tygodniu na przykład, po wyjątkowo pospiesznym porannym rozbiorze nie mogłom się doszukać jednej wierzchniej skarpetki. Przetrzepałom dokładnie szafkę i plecak, ale nigdzie jej nie było. Wyparowała. Może rano została przed szafką i jakaś rachudła sakramencka ją uprowadziła, bezbronną? Trudno, pomyślałom, jedna tylna łapa mi zmarznie po drodze do Gniazda. Jednak łapa dojechała bezpiecznie, a nawet trochę spocona, bo okazało się, że przez cały pobyt w pracy ta skarpetka na niej siedziała. Owszem, było mi ciasnawo  w bucie, ale nie na tyle, żeby się temu dokładnie przyjrzeć. Ale co się naszukałom skarpetki po szatni to moje.

*fikotko – w języku Węża lekkie, nie dające ciepła odzienie.

Mleczny dramat

7 komentarzy

Miejsce dramatu: kasa w BDS.
Osoby dramatu: Ptak Służbowy ze skanerem oraz Klient z mlekiem.

Klient, sięgając do kieszeni po środki płatnicze – A wie pani, że tak w ogóle, to mleko podrożało?
Ptak, filozoficznie – Co robić? Zima idzie, krowy słabo się niosą…

Kurtyna wije się w konwulsjach.

Jestem już ptakiem w pewnym wieku i ciekawym świata, więc w kilku interesujących miejscach byłom już to celowo, już to wpadając na nie po drodze gdzie indziej. Oczywiście, w wielu także nie byłom. Na przykład w Paryżu, marzeniu mej Matki. Nie byłom też w Puszczy Białowieskiej, choć przecież wszystko co się składa z drzew jest dla mnie pociągające. Trzeba to będzie nadrobić, bo kto by pomyślał, że cała puszcza będzie teraz zagrożona przez jedną Szyszkę. Bywam natomiast w okolicznych lasach, których jest tu całkiem sporo w odległościach rowerowych i które, że tak zacytuję za Nadleśnictwem Kolumna, „stanowią rozległe równiny peryglacjalne z rozsianymi wyspowo obszarami wydmowymi, gdzie rozpiętość wzniesień ponad poziom morza kształtuje się na poziomie 130-280m”. Daje to niezwykle urozmaicony krajobraz, gdzie porośnięte bujną trawą torfowiska sąsiadują z piaszczystymi pagórkami, na których królują sosny, mech i borówki. Jest tu nawet kilka rezerwatów i pomników przyrody, w tym „Duża Woda”, która mnie urzeka swym urokiem, przeto zawsze ciagnę tam zamiejscowych znajomych, którzy okazują się na ten urok odporni. Dawnym czasy, kiedy jeszcze bywały zimy, a nie jakieś smętne popłuczyny po nich, jezioro pięknie zamarzało i można było po nim wędrować. Teraz raczej konieczny byłby akwalung.

Poza tym są te lasy zagospodarowane jak choliera, bo wiadomo, że leśnik polski zajmuje się hodowlą drewna, co całkowicie rozumiem, bo drewno jest wspaniałym, odnawialnym surowcem i skądś trzeba je brać. Przy czym uprawa drzew również znacząco wpływa na wygląd lasu, w którym roi się od szkółek, młodników oraz poręb. I niestety, od ostatnimi czasy mocno poszerzonych i utwardzonych dróg, po których bezstresowo mógłby przejechać całkiem spory czołg, a nawet mały samolot. Dało się też popchać wózek inwalidzki, więc to jak wszystko ma swoje zady i walety. Na szczęście, pozostało jeszcze pod dostatkiem zarośniętych duktów i krętych ścieżynek, którymi można się przedzierać udając pioniera z maczetą, albo chociaż z kijaszkiem. To wszystko powoduje, że przejeżdżając lub przechodząc przez te lasy notorycznie kwiczę z zachwytu i jak mam fotoaparat, to go wyciągam. A potem oczywiście irytuję się, że na zdjęciach to już nie wygląda tak samo. A poniżej kilka letnich wspomnień, powiększanych po kliknięciu.

100_0411Dróżka dla samolotów, prosta jak w dziób strzelił.

100_0401Biała wstęga przez młodniki.

100_0402A tu dla odmiany już bardzo zielono.

100_0404Oraz stada mamroci, tfu, paproci.

100_0408I znów prosto, ale za to pod górkę, a piach łapie za koła.

100_0410A tu już więcej wilgoci i zielone wyłazi na drogę.

100_0412Tu mieszkają żaby, ryby i ważki. Nie wychodzą na zdjęciach.

100_0415W szeregu zbiórka!!

Zajrzyjcie

10 komentarzy

Nie jest ze mną dobrze, ale próbuję trochę odżyć i oczywiście robię to nietypowo. Niech się nie dziwią moi dawni blogowi i nieblogowi znajomi, gdy ich nagle zaatakuję zaproszeniem na Facebooku. A ci, których nie zaatakuję, bo nie znam ich prawdziwych imion, mogą skorzystać z tego zaproszenia:
https://pl-pl.facebook.com/PtakDodoToJa

To takie miejsce, gdzie będę próbowało być wesołe.

Zalane w trupa

22 komentarzy

Nie, nie wpadłom w szpony nałogu. Chyba mi to nie grozi, prędzej zemrę na galopujące zatwardzenie z powodu spożywania nadmiernej ilości czekolady. Natomiast starożytna rura odpływowa w kuchni wybrała sobie zeszły tydzień na dokonanie rozpadu i to w momencie, gdy pralka była na chodzie. O czym mnie oczywiście nie uprzedziła i gdy poszłom wyjąć pranie, to spod paneli wytrysnęły efektowne fontanny. W tym samym momencie do drzwi zadzwoniła sąsiadka z dołu z informacją, że u niej cieknie. Poinformowane dwustronnie rzuciłom się na połów wody, w którym to celu musiałom zerwać 3/4 podłogi, a niegrzeczna ciecz wyłaziła jeszcze spod szafek. Skakałom z mopem, w podwiniętych gaciach, gdy znów zadzwoniła sąsiadka.

- Po ścianie mi cieknie! Jak moja kuchnia wygląda! – jęczała.
- A chce pani zobaczyć, jak moja kuchnia wygląda? – spytałom nieżyczliwie – Opanowuję sytuację. Mam tę wodę wypić, czy jak?

I zamknęłom jej drzwi przed nosem. No, nie trafiła w mój dobry moment.

Zadzwoniłom po Eskulapa, żeby mi pomógł wyciągnąć szafki. Nie, żebym ich samo nie mogło wyciągnąć, ale przecież obraziłby się śmiertelnie, gdybym go nie poprosiło o pomoc. Przyjechał i stwierdził, że wywalamy je od razu na śmietnik, bo i tak trzeba kupić nowe. To samo z żeliwnym zlewem, pod którym szafka się rozpadła i pieprznął na podłogę, niefortunnie się obijając. Ponieważ w obliczu ukochanego bywam mało asertywne, to się zgodziłom i powynosiliśmy. Mój przyjaciel zlew zniknął w ciągu kwadransa, szafki potrzebowały całej nocy, żeby się zdematerializować. A ja zostałom bez kuchni.

I tak sobie bez kuchni trwam i jeszcze potrwam. Jak tylko miałom chwilę, to udałom się do Liroya i położonej obok IKEI w celu rekonesansu kuchennomeblowego i po powrocie pogrążyłom się w rozpaczy. Noż, nic mi się nie podoba. Albo inaczej, wszystko mi się podoba, tylko nie do mojej kuchni. Wszystko jest takie NOWE i porządne, a ja całe życie miałom szmaciarskie meble i wśród takich dobrze się czuję. Tak, to jest okazja na porządny remont i urządzenie funkcjonalnej kuchni, ale ja jeszcze nie skończyłom pokoju i łazienki, a i tak mi doszło Matki mieszkanie do posprzątania i sprzedania. Planowanie kuchni mnie przerasta, a nie wstawię byle czego, bo znając życie, tak mi zostanie na zawsze. Przepłakawszy na ten temat cały dzień postanowiłom, że odpuszczam. Przewlokłom do kuchni wielki blat z kącika informatycznego Węża, przesunęłom pralkę pod kran, jedyną ocalałą szafeczkę w drugi koniec i na nich go oparłom. Takiego szerokiego blatu to nigdy nie miałom! Pod kranem siedzi miska, a na większe zmywanie się chodzi do łazienki. Pod blatem siedzą kartony na garnki i inne krupy, i przywiozłom też z Matki mieszkania małą, piękną etażerkę, która stała kiedyś w moim pokoju. Co trochę coś przestawiam, weryfikuję stan posiadania, ale na razie jest dobrze. Odetchnęłom.

Dziękuję Wam za słowa wsparcia i otuchy. Niestety, nie potrafię mówić do Matki wiedząc, że jej nie ma. Gdyż nie wierzę, że jest gdzie indziej. To ponura strona bycia ateistą. Z drugiej strony cieszę się, że nie cierpiała, nie musiała więdnąć długo, zanurzając się w niepamięci i coraz mniejszej sprawności fizycznej i umysłowej. Coraz trudniej było mi być dla niej dobrym, bo ona już coraz mniej była sobą i bałom się, że przestanę kochać tę wystraszoną, słabą staruszkę, w którą zamieniała się moja wesoła, rozmowna, ciekawa świata Matka.

Czynię niemrawe próby życia dalej, ale mi nieco trudno. Samotność mnie dobija. I tak byłom samotne, bo poza Matką element ludzki spotykałom głównie w pracy, ale teraz jednak jestem samotne bardziej. Nie mogę już złapać za telefon, gdy mnie coś zachwyci, ucieszy, zdenerwuje, albo gdy któryś z chłopaków daje głośny koncert. Nadal jednak mam ów odruch łapania za telefon, gdy wychodzę w pracy na przerwę i gdy wracam z pracy do Gniazda. Trzeba się wszak zameldować. Tymczasem już przecież nie trzeba. Robiąc zakupy szukam tańszych bananów, bo Matka niczym małpa, banana dziennie musiała wchłonąć. Rozglądam się za jakimiś szprzętami, które miałom dla niej kupić, typu suszarka do naczyń, bo stara bardzo już nieświeża. Uradowałom się, dostawszy od koleżanki kupon do Audioteki, bo na Matkowe słuchadełka poszedł już majątek. Wiem, że to minie, uleży się, banany i jabłka Lobo będę w końcu mijać obojętnie, ale to mnie wcale nie pociesza, bo fajnie jest kupować banany komuś kogo się kocha. I czasem kluchy na parze, choć to nie same szczyty zdrowej żywności.

Jak zwykle mój organizm pod wpływem stresu ucieka w sen. Na szczęście pracuję prawie wyłącznie po południu, bo docieranie do roboty na piątą widzę obecnie mocno tak sobie. Ostatkami siły woli wykopuję się na trening, bo w sumie nie muszę już być takie sprawne, mogę się spokojnie rozeschnąć, bo nikt mej sprawności już nie potrzebuje. Oczywiście otoczenie już ma swoje wizje mego dalszego życia – teraz mogę na przykład wyjechać za granicę, jakby Matka była tą kulą u nogi zatrzymującą mnie w Polsce. Mogę też zająć się sobą, ale nie szydełkować, bo to dla starych bab, ale zająć się sobą. Wykrywam tu jakieś podteksty. Wiem, czasem trudno zrozumieć, że istota ludzka niestara jeszcze, nieodrażająca i nawet niegłupia jest singlem z innych powód niż opieka nad starym rodzicem. Owszem, codziennie chciałobym pieprznąć to wszystko w kąt i zostać pustelnikiem w Laponii, ale patrzy na mnie z rolety pięć par okrągłych oczek. Z pewnym wyrzutem. To na razie jeszcze tu zostaję.

Najgorsze jest to, że nie można opowiedzieć o dzisiejszym dniu. Że niemal zamordowałom notariusza i prawie spóźniliśmy się na pogrzeb. Że urna była krągła i bordowa, jedna kuzynka chuda, a druga gruba i że szef bratowej przysłał kurierem piękne róże z Londynu. Nieźle się jego asystenka musiała nagimnastykować, wyobrażasz sobie Mamo?
Już nigdy niczego się nie opowie.

Na urodziny

3 komentarzy

Photo0166

Nie będzie już przypadków Matki. Nie będę się już wkurzać, że nie zjedzone, za dużo zjedzone, nie to zjedzone, co trzeba. Nie będzie telefonów trzy razy dziennie, opowieści o papużkach, powtarzania po raz setny starych dowcipów, głośnego czytania kolejnej „Ani”. I mnie też będzie trochę mniej. Moja Kwoka mnie zostawiła.

Jestem najsamotniejszym jajkiem na świecie.


  • RSS