Pierwsza sprawa – wyniesienie kuchennych książek do pokoju pełnego pipużek nie było dobrym pomysłem. Literatura, choć kuchenna, natychmiast została obsiądnięta przez czwórkę ciekawskich dziobów i zanim się spostrzegłom, poogryzana tu i ówdzie.

Druga sprawa – mam naprawdę dużą lodówkę, co się zwłaszcza rzuca w oczy, kiedy stoi ona na środku kuchni. A co za nią było nagromadzone, to ho, ho! Ho, ho, ho! I jeszcze raz, ho, ho, ho! Trudno się dziwić, że zatkała się rura od odkurzacza.

Trzecia sprawa – nigdy nie jedz żółtego śniegu, tfu, nigdy nie rozpuszczaj mydła malarskiego w zimnej wodzie. Ja w przypływie pośpiechu tak uczyniłom nim spojrzałom na instrukcję i obawiam się, że świt zastanie mnie nad wiaderkiem w pozycji mieszającej, a wydobywać się ze mnie będzie odgłos długi i przeciągły, dziwnie przypominający wycie.

Czwarta sprawa – no, jak mi się nie chce, to się słowamy nie da powiedzieć. Ja mam urlop! Chce leżeć do góry wolem! Ewentualnie jeździć na rowerze niekoniecznie po żółtą farbę.