Ponieważ w obecnych czasach nawet kiszonym ogórkom nie można zaufać ( uf, uf ) i nie wiada, czy ktoś im nie przyspieszył procesu octem, to postanowiłom zasłoikować nieco własnych. Znalazłom trzy różne sposoby i zamierzam wszystkie wypróbować oraz zrobić notatki. Skutkiem czego wczoraj do północy pakowałom  w słoje nieco oporne zielone istoty, które teraz mają mocne parcie na szkło, a ja nieco podpieram się dziobem. Bo oczywiście ogórki nie były jedyną częścią rzeczywistości, z jaką się zmagałom. Od razu informuję, że nagrodowe ciasteczka nie wyszły i chyba nawet pies ich nie zechce powąchać. Ale mam innego pomysła, który na pewno będzie jadalny.

W ogóle dawno się tak nie zmęczyłom jak na tym urlopie. Kompletnie straciłom umiejętność wypoczywania we własnych pieleszach. Gdy tylko próbuję się ugrubić z jakąś lekturą albo rysunkiem, to natychmiast poczucie obowiązku zaczyna mnie ciągnąć za nogę i ze zdwojoną ostrością widzę kurz na meblach. Dlatego odpoczywać jeżdżę do Eskulapa, choć i tam gotuję, a potem trzeba mnie wyganiać z kuchni i przygniatać kolanem, żebym nie zaczęło zmywać. Ale całego urlopu wszak tam nie mogę spędzić. Do tego nieustająco piękna pogoda też wpędza mnie w poczucie winy i każe wychodzić już to na trening, już to wyprowadzić Matkę na spacer.

Inna sprawa, że nie jestem systematyczne, nie potrafię zaplanować sobie zajęć, co trochę coś mnie odrywa, albo nad czymś się zawieszam. Czas przecieka mi przez palce. I to stwierdziwszy daję sobie kopa pod ogon i idę oddać się dekuparzowi, czyli usuwaniu ptasich wydalin z otoczenia. Nie mylić z odkurzaniem, czyli usuwaniem kur z tegoż otoczenia.