Śniło mi się, że biegłom. Przez las, drogą dość szeroką, ubitą, lekko wilgotną, ale nie śliską. Pewnie padało w nocy, ale niezbyt obficie i zdążyło przeschnąć. Biegłom tak, jak normalnie idę – z lekkim wysiłkiem i poczuciem mocy. Bez zadyszki. Dłużej niż pół minutki. Nic dziwnego, że zaspałom.

Z drugiej strony, jakoś trzeba się było zregenerować, by dociągnąć do końca tygodnia. Bo zeszły tydzień to była mała masakra. Sześć dni pod rząd na tą samą godzinę, czego szczerze nie znoszę i w dodatku solo. Koleżanka zachorzała, albo raczej przedłużyła zwolnienie, bo nie ma jej już kolejny miesiąc. Jest ciężko, ale mam świadomość, że może być jeszcze gorzej. Tylko kto mi zapłaci za przerwy, na których nie byłom?

A po tej masakrze zwinęłom się w kulę pod przykryciem z Eskulapa i Jamnika, uprzednio zjadając jedną kosteczkę czekolady z absyntem, którą drogi mój kolega otrzymał w prezencie. Prawdziwa, szwajcarska czekolada z absyntem. Prawdę mówiąc, w nadzieniu czułom wyłącznie anyżek. Równie dobrze mogłaby być z ouzo. Ale głupi ci Szwajcarzy…

No i dla odmiany śniło mi się pasmo górskie, które przemierzałom w bardzo zacnej kompanii. Wśród mych towarzyszy był czarodziej w spiczastym kapeluszu oraz mysz. Mysz bardzo chciała iść sama, ale trochę już nie dawała rady i trochę ją nieśliśmy. Trochę była niekontenta z tego powodu i klęła bynajmniej nie trochę. Zmierzaliśmy do pomostu łączącego z drugim pasmem, droga była trudna, ciemno jak w ślepej kiszce i mżawka. Ale widoki mimo ciemności zachwycające. I czytała Krystyna Czubówna.

Eskulap stwierdził, że jak na taki malutki kawałeczek czekolady z absyntem to naprawdę dałom czadu.