Od rana jakoś jeszcze nie zwróciłom uwagi, chociaż zmieniałom przecież datę na pieczątce w pracy. Ale jak już kilka godzin później tę datę napisałom, to uderzyła mnie ostrym końcem dwóch jedynek między oczy. W grudniu po południu, 15 lat temu był moj ślub, zwany w kronikach ślupem. Dziwują się narodowie wżdy postronni, że pamiętam datę, że tak powiem, byłego ślubu. Ale przecież to było wydarzenie całkiem wyjątkowe, niespodziewane i niespotykane. Ja, istota z innej planety, nieatrakcyjna, aseksualna, która nigdy nie miała chłopaka, faceta, kochanka, wyszła z mąż, choć jeszcze pół roku wcześniej postukałaby się w głowę na taką sugestię i sugerującego też by postukała. Ktoś mnie pokochał i chciał wić ze mną gniazdo.

I nie wiem, czy się cieszyć, że się w ogóle znalazł w przyrodzie taki jeden, czy się smucić, że się już nie znalazł taki drugi.