Właśnie wróciłom od Waterloo, a tam bajka o dziewannie (Dzie wanna? Będę rzygał!), która u mnie jest grana od soboty wieczorem. Nie rozliczam wprawdzie Asi z tego, czy faktycznie szuka wanny, czy też spowiada się wielkiemu białemu uchu, ale ja wolę wannę. Wygodniej się przez nią wisi i przyjemniej jednak z niej pachnie. Choć gorzej się potem spłukuje.

Najpierw myślałom, że to niestrawność, bo skusił mnie na zakładowej stołówce krokiet z kapustą i grzybami. Wprawdzie zazwyczaj trawię jak struś, co to nawet piłeczkę ping-pongową, ale ten krokiet chyba każdego by załatwił. Myślałom więc, że pozbycie się dziada z żołądka doprowadzi do szczęśliwego zakończenia, ale nie. Szczegółów oszczędzę, choć i tak u mnie sprawa ma lekki przebieg. Niestety, nie ma kogo posłać po zbawczą w takich przypadkach coca colę, a od soboty zjadłom jeno kromkę chleba, pół rozgotowanego jabłka i dwie łyżki płatków owsianych i jakby nie mam siły. Dobrze, że Matce zdążyłom narobić żarcia jak dla pułku wojska.