Jakoś tak mnie wzięło i tworzę całkiem zbędną dzianinę. Przy okazji zrobiłom Eskulapowi czapkę cudnej urody – jak się widzimy, to zakłada, ale czy na codzień, nie mam danych. Oczywiście dzieję całkiem z głowy, bo dla mnie trzymanie się wzoru jest jak przejście przez Morze Czerwone. Z bożą pomocą ewentualnie, ale ja niewierzące, więc nijak mi prosić. A do zwijania tworzywa na kłębuszki używam Matki. Jeśli ktoś ma włóczkę do zwinięcia, to niech daje. Niech starsza pani ma zajęcie, bo już się moje surowce kończą.

Dziewanna mnie wymęczyła potwornie, bo praktycznie przez tydzień nie mogłom jeść ani pić więcej niż dwa łyki na raz. A że równocześnie miałom gorączkę i ogólne wkościachłamanie, to musiałom je przetrwać, że tak powiem, na sucho, bo nie szło wziąć lekarstwa. Dobrze, że były święta rozmaite i do pracy tylko dwa razy się wlokłom. Dobrze też, że nie świętuję i mogłom się spokojnie całe dnie barłożyć. Normalnie, same plusy. I tak mi to barłożenie zostało. Najchętniej bym czas wolny spędzało na półleżąco, z robótką i termosem herbatki ze świnki morskiej. Ewentualnie bez robótki, ale z jakąś książczyną. I termosem. Nawet do pracy chodzę z termosem, ku uciesze otoczenia. Ale powoli wracam do normy. Bardzo powoli.