Znów nieco się odłączyłom od rzeczywistości. Coraz mniej jest mnie we mnie. Stado mi się kurczy coraz bardziej i odczuwam to boleśnie. Choroba pozbawiła mnie znajomych, Gawrona zabrała wódka, Matka jest w trybie przetrwalnikowym jeść-spać-siusiu-bezstresowo spędzać czas, a Wąż właśnie ostatecznie się wyprowadził. Po piętnastu latach wrócił do Poznania zabierając swą nową rodzinę i nie będzie już co tydzień wpadał do Gniazda, nie będzie chodził na rynek po ziarka dla piputów, nie będzie wyżerał z lodówki po nocy, ani się przychrzaniał, że nie dbam o mieszkanie. A ja nie będę się już wkurzać, że na starość został tłustym pijusem. Ale i tak z nikim nigdy tak dobrze mi się nie rozmawiało. Coś się kończy, ale nic się nie zaczyna.