Była to wizja, która nawiedzała mnie w zasadzie od początku mego przemieszczania się samocHondem, czyli od lat już ponad dwóch. Jak ten, czas leci, nawiasem mówiąc. Wydaje się, że dopiero co przygrzałom w garaż, a tu już dwa lata. Muszę z tej okazji nabyć coś musującego drogą kupna. Ale wracając do meritum, czyli wizji, była to wizja wypalonej żarówki. Pojazd mój śliczny, mechaniczny, ma tych żarówek całkiem spore ilości i kwestią czasu było wypalenie się którejś z nich. No i wreszcie się stało. Przedni lewy reflektor powiedział „pas”. A ja powiedziałom „góralu, czy ci nie żal” i kupiłom w BDS zastępstwo z zamiarem natychmiastowej wymiany na BDSowym parkingu.

Jak się okazało, nie było to wcale tak hop-siup. Przypomniawszy sobie mniej więcej budowę reflektora, usiłowałom wygrzebać zeń żarówkę, wypinajac się uroczo na parking.

- A co ty tam tak grzebiesz? – zagaiła koleżanka kasjerka zmierzająca do swego Tico.
- Wymieniam żarówkę! – odwrzasnęłom spod maski zgodnie z prawdą, choć kusiło mnie, żeby zeznać, że łowię ryby.
- To chłopa Ci potrzeba! – doradziła koleżanka atawistycznie.
- Na co mi chłop? Instrukcji mi potrzeba! – odrzekłom nadal zgodnie z prawdą, po czym z kolei ja powiedziałom „pas” i pojechałom nach hause o jednym oku.

Jak się okazało następnego dnia przed południem nie było mi trzeba ani instrukcji, ani tym bardziej chłopa, tylko dziennego światła i odrobiny zdrowego rozsądku. Już się cieszę na następne żarówki, bo statystycznie koniec ich jest bliski.