Z drżeniem wątróbki pomaszerowałom dziś na czterech kołach na przegląd Hondziochodu. Wiem, nie powinno się przeglądać na ostatnią chwilę, ale naprawdę jakoś nie było mi po drodze. I tak nie przebiję zeszłego roku, kiedy pokiełbasiło mi się z przeglądem Bzyki tak dokładnie, że zorientowałom się dopiero, gdy miły policjant o godzinie 4.30 rano pozbawił mnie i Hondzię dowodu rejestracyjnego.

Dziś pan fachowiec oględził (czasownik od oględziny) mój starożytny rydwan, z okazji Prima Aprilisu przymknął oko na przepalone jedno pozycyjne i wysłał mnie pieszo po pieniądze, bo nie dysponowałom taką kwotą. Znów zapomniałom, że LPG generuje dodatkowe koszty z tej okazji. Omówiłom też kwestię opon całorocznych, wróć, teraz politycznie poprawnie jest nazywać je wielosezonowymi, bo moje przednie Michelinki mają już z 20 lat. Tylne Continentale tylko 9, ale zaczynają łysieć. Mam wrażenie, że znów nie kupię sobie wyczekiwanej szafy, bo za to nabędę kapetki dla samochodu w zaporowej cenie. Ale przecież nie dam jej byle czego na kółka, skoro samo podzieram w Adidasach. Kocham mój samochód – powinnom mieć z nią zdjęcie takie, jakie ludzie sobie robią z wielkimi, kudłatymi psami – jak stoi opierając mi przednie koła na ramionach. Może jakoś bym zniosło tę niecałą tonę.

A jak już jestem w temacie motoryzacji, to wczoraj jadąc do pracy kątem prawego oka zarejestrowałom zdarzenie, z powodu którego prawie spowodowałom kolizję. Otóż jadę sobie w ulewnym deszczu ze śniegiem, jak to bywa wiosną i widzę kawałek przede mną światło cofania, które skręciło w prawo i zniknęło. OK, myślę sobie, ktoś wjechał tyłem w bramę. A za chwilę na wysokości domniemanej bramy zobaczyłom samochód siedzący tyłkiem w głębokim przydrożnym rowie pod kątem 45 stopni. Nie wiem, jak ten człowiek to zrobił, że tak przestrzelił. Może to zła widoczność, może akurat kichnął, może był jeszcze gorszym kierowcą ode mnie, bo chyba nie wjechał do rowu celowo. Instynktownie chciałom się zatrzymać i pomóc, ale co mogłom zrobić moim szczupłym samochodem bez haka? Ale wciąż o tym myślę, może dlatego, że na początku mej kariery szoferskiej zrobiłom niemal to samo, z tym że rowy były zasypane śniegiem równo z drogą i kiedy poczułom, że coś ciągnie Hondziochód za kuper, to dałom całą naprzód i wyskoczyliśmy jak korek od szampana.

Jak tak sobie wspominam, to stwierdziłom, że muszę dla mych pojazdów ustanowić osobną kategorię blogową. Co niniejszym czynię.