Dzięki, kobiety za dobre słowo. Bo wprawdzie nie siadłom i nie zapłakałom na tę wieść, ale refleksje mnie różne oblazly nieprzyjemne. Nie zapłakołom może dlatego, że opłakałom go już dawno. Odkąd zniknął i nie dawał znaku życia, to wiedziałom, że na pewno nie jest dobrze. Gdyby było lepiej, to odezwałby się na pewno do Matki. Do mnie może by się bał, ale ona usłyszałaby w telefonie lub domofonie skrzeczącym głosikiem zawołane „mama?!”

A ja myślę o tym, jak mały mamy wpływ na życie, swoje i cudze, mimo całego tego gadania o kowalach. Człowiek, który zamieścił tę wiadomość, napisał to w tonie nieco oburzonym, że jak mogą ludzie składać życzenia ot, tak, a jak żył, to się nikt nie zainteresował. Owszem, zainteresował się. Gdybym miało wyliczyć ludzi, którzy próbowali pomóc Gawronowi, to nie starczyłoby mi palców. Ale nie da się żyć za kogoś, brać za niego leków, chodzić na terapię i do pracy. A czasem trzeba brać nogi za pas, bo samemu chce się żyć. Jednak i tak mam wyrzuty sumienia.

A także mam Gawronie zdjęcia, które u mnie zostawił na przechowanie. Miał odebrać, jak wreszcie stanie na nogi. Mogę je tylko odesłać do wuja Janka, bo zawieźć nie dam rady.