Cóż, jakość moich weekendów pogarsza się w szybkim tempie. Pomijam już fakt, że ze względu na specyfikę mojej pracy rzadko mam wolny weekend jako taki – mam na przykład wolne sobotnie popołudnie, albo niedzielne przedpołudnie. Albo po prostu wolną niedzielę. Gratka mi się trafiła z okazji majowych świąt i miałom wolne aż trzy dni! Ale oczywiście jednego dnia miałom kupę zaległej roboty wokoło dwóch domów, zaś drugiego kilka godzin leżałom plackiem, bo trafiły mi się moje ukochane, niewiadomozczegosiębiorące zawroty głowy. Tylko trzeci dzień był przyjemny, bo miałom gości tych co zawsze, składaliśmy moje ikeowe szufladki i pojechaliśmy do lasu tropić fijoły oraz dzięcioły.

Zeszły weekend (czyli niedziela) miał być w założeniu upojny, ale w rezultacie siedziałom dwie godziny samo, bo Eskulapa poprosili sąsiedzi o pomoc przy chorym piesku. Potem pogoda się skaszaniła na tyle, że dalej siedzieliśmy w domu, aż do wielkiego finału, kiedy to nie poszliśmy do kina, bo pieskowi sąsiadów ktoś musiał zrobić zastrzyk. Oczywiście, mogłom się postawić i bezwględnie żądać kina, bo nawet zabrałom sukiękę na przebranie, ale przecież piesek to piesek, więc stwierdziłom, że w sumie kino możemy przełożyć.

A w ten weekend, który miałom mieć naprawdę solidnie wolny, okazało się, że mój kolega może wyskrobać dla mnie tylko trochę czasu na to przełożone kino, bo tu impreza, tu rodzinne zobowiązania i tak to. Stwierdziłom, że ponieważ wcześniej nie wtajemnicza mnie w swoje plany, to potem czuję się jak zapchajdziura. Na to dictum kolega się obraził. A ja dałom sobie w związku z tym bez żalu wsadzić niedzielne popołudnie w pracy.

Ponieważ Matkę obrobiłom wczoraj, to sobotę miałom mieć dla siebie. Co polega na tym, że zamiast leżeć plackiem i odpoczywać, snuję się po Gnieździe i robię mało efektywnie wszystko na raz. Oczywiście, pod pozorem robienia porządku w ciuchach i papierach stworzyłom taki bałagan, że już nie mogę na niego patrzeć i zaraz zastępczo pójdę pielęgnować Hondziochód – niech też ma coś z życia.