Żeby tylko tankowanie. W końcu, nie doczekawszy się deszczu, wpadłom na racjonalizatorski pomysł, że w okolicach 23-ciej już raczej kolejki do myjni nie będzie. I miałom rację! Nie było jej wcale. Hondzia zalśniła i schowała się do garażu, a ja odpaliłom Bzykę i napawam się w czasie jazdy zapachem robinii. Niestety, słuchanie muzyki w czasie jazdy odpada, ale wszak nie można mieć wszystkiego, a często również prawie wszystkiego. Nocą również wytwarzałom knedle z truskawkami, bo mi dnia nie starczyło, a już obiecałom Matce, już przebrałom owoc, już stare pyry ugotowane witały się z gąską.

Nie starcza mi dlatego, że w pewnym sensie zamieszkałom w pracy. Stan osobowy zrobił się podbramkowy, tabliczki „czynne od 10 do 18″ wystawić nie lzia, a w dodatku kierownictwo ambitnie postanowiło mimo przeciwności zrealizować plan urlopowy. No, bo nie wiadomo, co będzie dalej, a przecież nie będziemy się potem wszystkie równocześnie urlopować w listopadzie. W rezultacie dwie są bez przerwy na posterunku, żeby trzecia mogła wypoczywać. Jak znam mojego pecha, to kiedy zbliży się czas mego planowanego wypoczynku, któraś się rozchoruje.

Ja w sumie już jestem rozchorowane, bo moja tarczyca chce mnie zabić, a już na pewno utuczyć i osłabić. To też nie wpływa pozytywnie na plan mego dnia, bo mimo wysiłków nie jestem w stanie zerwać się z łóża boleści o wyznaczonej godzinie. Zwlekam się się z trudem, siłą woli oraz z poczuciem, że w ogóle nie spałom. Do tego trochę sobie zreformowałom życie osobisto-towarzyskie i smutek mój widzę ogromny. A jak mój organizm reaguje na smutek? Spaaaać!! W rezultacie knedle były grane w późnych godzinach nocnych, bo coś żryć trzeba.