Jest upał, jest upał! Wreszcie przyszedł, niech się radują wielbiciele tropików, których nie stać na wyjazd tamże i biedne dzieci, które wreszcie poczują, że mają wakacje. Bo wiadomo, że prawdziwe wakacje są wtedy, gdy się człowiek porządnie spoci. A może dzieci się nie pocą? Nie wiem, nie pamiętam. Ostatnio byłom dzieckiem w ubiegłym suleciu.

Tymczasem weekendową kulminację upałów spędziłom najpierw w samochodzie, który na szczęście ma klimatyzację nieco bardziej zaawansowaną niż obustronnie otwarte okna, następnie w rozgrzanym do czerwoności bloku na warszawskim osiedlu, potem w trochę mniej rozgrzanym bloku na innym warszawskim osiedlu, a końcówkę ponownie w samochodzie, lecz już po zachodzie słońca, więc się nie liczy. Natomiast spacer Wałem Wiślanym koło 21 polecam z całego ugotowanego drobiowego serca.

Po powrocie z wojaży zajrzałom do Matki, intensywnie się wietrzącej otwartym balkonem i spytałom, czemu nie wyciągnęła wentylatora. Spojrzała na mnie, a jej wzrok prowadził donikąd. „Maryśka, zapomniałaś, że masz wiatrak?” spytałom ze złudną nadzieją, że to tylko sen. „Yyyy…” odpowiedziała Matka w ramach kropki nad i. Boże, jeśliś jest, skróć mi nogę. Natomiast wczoraj wracając Bzykunią z roboty po zmroku, nie uwierzycie, ale zmarzłom i dziś się dogrzewam za pomocą pieczenia chleba, bo znudziła mi się owsianka na śniadanie.