Deszcz mnie wyczekał aż pójdę na trening. Zanim zanurzyłom się kulawym truchtem w parku delikatnie kropiło, a już po chwili zaczęło coraz potężniej bębnić w liście. Gdzieś w połowie drogi opad nabrał takiej intensywności, że przedarł się osłonę z drzew i zafundował mi letnią kąpiel. Bo to był taki przyjemny, letni deszcz, w obu znaczeniach tego słowa. Zresztą nie robiło mi to różnicy, bo i tak już byłom mokre od potu, tylko musiałom zdjąć okulary. Robiło za to różnicę moim spodniom – była to różnica w długości. Nasiąknięte nogawki zaczęły się wlec po ziemi i jedną w końcu przycisnął do serca jakiś wystający korzeń. Nic to, zaceruje się. Oczywiście po drodze do Gniazda już padać przestało. Teraz czeka aż wyjdę do pracy.