Mam całkiem sporo do napisania, ale jakoś mi nie idzie, natomiast dzisiejsze wydarzenie opisać sobie muszę ku pamięci, bo samo się zdziwiłom. Zaczęło się od tego, że Matka znów doprowadziła mnie do szału. Ponownie poszło o zeżarcie zapasu karmy na trzy dni i rozważam wynajęcie jakiejś osoby, która by Matce wydawała posiłki pod moją nieobecność. Gdyż moja nieobecność czasem zdarzać się musi, bo inaczej zamkną mnie u czubków. Anyway, już wczoraj siedząc na rynku w Olsztynie, tym koło Częstochowy, dowiedziałom się via łącze GSM, że muszę szybko wracać, gdyż wszystko już zjedzone. Nie zamierzałom już tego wieczora stanąć w drzwiach z pełnym garnkiem, zaproponowałom zatem wyciągnięcie z zamrażalnika pojemnika, w którym ostatnio zdeponowałom nadmiar indyka z warzywami i wchłonięcie tegoż. Nadmienię, że był to pojemnik o litrażu 500 ml, Matka jeszcze ugotowała jego zawartości do towarzystwa makaron i wciągnęła całość. Choć może należy się cieszyć, że nie zjadła tego bez rozmrożenia, razem z pojemnikiem.

Chwilowo nie zamierzam tu spisywać moich refleksji na temat opieki nad osobą, którą kochałom najbardziej na świecie, a która w coraz mniejszym procencie jest sobą. Cala historia z jedzeniem spowodowała tylko, że mój nastroj, całkiem dobry po wyjeździe, zrobił gwałtowny przewrót. Jak już się wyryczałom na ten temat, to z takim przewróconym nastrojem udałom się na zewnątrz celem iżby wynieść śmieci i po drodze napotkałom osobników, którzy mi dolali oliwy do ognia, względnie przelali menisk. Właściwie jednego, bo drugi był raczej statystą. A ten pierwszy stał tuż pod drzwiami klatki schodowej, młody, ładny chłopak, nagi do pasa, zapruty w trzy dupy i wywrzaskujący jakieś obelgi. Warknęłom tylko „przepraszam” i powędrowałom do śmietnika. Wracając już z daleka słyszałom głuche ogłosy uderzeń. Pijany chłopak walił pięścią w pleksi, które jest wstawione w drzwi mojej klatki. A mi dym poszedł uszami i już w połowie drogi wrzaskiem zadałom pytanie, czy ma jakiś problem.

„Mam problem!” odwrzasnął klatkowy agresor.
„To go rozwiąż, a nie napierdalaj mi w drzwi, człowieku!”

Próbował mnie bełkotliwie przegadać, wyjaśniając, że mój sąsiad jest mu winien pieniądze, on się zdenerwował i przecież nic złego nie robi. Ale ja byłom niesione gniewem i w krótkich, żołnierskich słowach kazałom mu się zabierać i walić we własne drzwi, zanim mi moje rozwali, ewentualnie zrobić dziesięć pompek, co świetnie koi zszargane nerwy. Chyba trochę się zdziwił, a jego kolega pękał ze śmiechu, ale od drzwi odeszli i siedli na ławce niepodal. A ja dopiero wtedy pomyślałom, że zachowałom się jak Wąż, tylko masę mam trochę mniejszą i łatwiej mi dać w dziób. Ale w razie czego mam dobre odejście.