Na początku był kłopot. Bo ja sobie wymyśliłom, że świeżo przybyły pisklak zamieszka wstępnie u Matki, a po kilku dniach zostanie przeniesiony do Gniazda. Akurat w pracy miałom totalne szaleństwo, a na weekend szykował mi się wyczekiwany wyjazd, tymczasem chciałom, żeby ptaszyna się już przyzwyczajała do człowieka, a nie siedziała sama w klatce. A ptaszyna się zbuntowała i nic nie brała do dzioba.

W rezultacie w sobotę po pracy, zamiast udawać się w okolice Częstochowy, udałom się do Łodzi, do weterynarza, z poskrzekującym pudełkiem do butów w roli pacjenta. Najpierw musiałom to pudełko napełnić Stefanem i zaprawdę, powiadam Wam, że było to traumatyczne przeżycie dla obojga. Dotarcie do kliniki, która znajduje się tuż przy nowopowstającym Dworcu Fabrycznym było traumą już tylko dla mnie i klęłom w żywy kamień, że nie mogłom pojechać Bzykunią.W klinice Stefan chciał pożreć chudziutkiego pana weterynarza, który stwierdził, że jak na istotę, która pości od tak dawna, to pacjent jest w świetnym stanie. Niesforny pacjent otrzymał kropelki na wzmocnienie, a ja zalecenie zbioru kupki w celu jej sprawdzenia na obecność robaków w papużce.

Oczywiście zaraz po przybyciu do Gniazda i instalacji klatki w docelowym miejscu Stefan się cudownie naprawił i rzucił na jedzenie. Co dowodzi prawdziwości tezy, że niektórych leczy już sama wizyta u specjalisty. Jednak na wszelki wypadek kropelki były podawane przez czas jakiś, a ja przystąpiłom do socjalizacji pisklaka. Akurat się zgrało z tegorocznymi letnimi upałami, dzięki którym bezproblemowo wstawałom o 6 rano i siadałom przy klatce, gadając i podsuwając przysmaki. Niestety, trzeba było chodzić czasem do pracy i oprzątać Matkę, a wtedy Stefan zostawał w towarzystwie grającego radia.

W końcu nastąpił oczekiwany przełom w naszych stosunkach, czyli pierwsze jedzenie z ręki, następnie drapanie po łebku i w końcu stawanie na dłoni. Gdyż chciałom osiągnąć to, co zaniedbaliśmy w wychowaniu reszty ptaszków, a mianowicie możliwość wsadzenia delikwenta do klatki w razie potrzeby zamiast wyczekiwania kiedy sam wejdzie i stosowania czarciej zapadki, żeby potem nie wylazł. Jak już ostrożny Stefan przekonał się, że ręka to rzecz dobra i przyjazna, to na tym ręcznym transporterze zaczął wyjeżdżać z klatki. Jako że jak każdy pisklak był zupełną porcją rosołową, to przez większość siedział grzecznie tam, gdzie go posadzono, ewentualnie odbywał dramatyczne loty dookoła pokoju, połączone z obijaniem się o co tylko się dało, bezradnym zwisaniem na zasłonce i spadaniem w różne kąty, z których był wydobywany przez kochająca mamusię.

Nie trwało to jednak długo. Stopniowo zaczęłom oswajać maleństwo z resztą mieszkania, a także z resztą mieszkańców. Sporo czasu spędzaliśmy w kuchni, gotując i sprzątając pandemonium, które się wytwarzało w trakcie tego zajęcia. Chodziliśmy też do łazienki, a w końcu całą klatką przenosiliśmy się okresowo do papuziego pokoju, którego lokatorzy centralnie olewali pojawiającą się i znikającą klatkę wraz z zawartością. W końcu jednak klatka zainstalowała się na stałe, dodatkowo zaopatrzona w werandę i balkonik, a zawartość zaczęła samorzutnie wyłazić na zewnątrz i pdejmować próby integracji, z czym bywa różnie. Ale o tym później, a na razie cykl rozwojowy Stefana w fotografiach – tytuł cyklu „Siadam na wszystkim”.

2015-08-09 09.28.11

2015-08-12 16.47.03

2015-08-15 13.45.21

2015-08-10 09.11.51

2015-08-17 10.09.06

2015-08-23 20.23.11