Wczoraj po powrocie z pracuni pognałom przez kałuże, żeby nabyć taką prozę życia jak pyry i marchew na zupkę oraz nieco bardziej poetyczne jabłuszka, gdyż próbuję stosować się do zasady „one apple a day keeps doctors away”. Zapomniałom jednak, że przy sobocie Śmierdzący Sklepik, czyli mój lokalny warzywniak, stoi otworkiem tylko do 15, a było już ciut po. Przeszłom więc dwadzieścia kroków dalej, do spożywczaka, w którym zazwyczaj nie kupuję i spytałom, czy sprzedają prozaiczne warzywa. Otóż nie, nie mają marchewki, bo jak stwierdziła pani sprzedawczyni, obok jest warzywniak i za duża konkurencja. Hm, sprzedają też ciasta, a w budynku obok jest cukiernia. Sprzedają alokohol, słodycze i przekąski chociaż na rogu funkcjonuje przybytek typu „alkohole 24″. Oferują też pieczywo, kasze, ser, wędliny, nabiał, mrożonki, owoce i napoje pomimo obecności dziesięć razy większego sklepu ze wszystkim na kolejnym rogu. Oraz wbrew wszystkiemu mieli nawet ziemniaki poważone po 5 kg. Nie znam się na handlu, ale w obliczu takiej konkurencji chyba logicznie byłoby się zamknąć w cholerę zamiast pozbywać się tylko marchewki. Cóż, pognałom na kolejny róg po komplet zakupów, tym samym wspomagając konkurencję.