Ilość nóg w mym Gnieździe chwilowo zwiększyła się do szesnastu – dycha słodkich ptaszkowych pazurków i moje dwie powykrzywiane giczoły plus cztery kudłate psie łapy. Pies, czyli Piesunio, Brytan, Szmatex lub Głupeczek jest własnością Węża przebywającego aktualnie w placówce specjalistycznej. Cztery lata, cztery kilo, formatu Nowy York, czyli mięciutki kundel rozmiaru dwóch jorków właściwych, zaprogramowany by po dotknięciu grzbietu natychmiast się na niego przewracać i wystawiać bezbronny brzuszek z całym wyposażeniem.

Opieka nad tym stworkiem sprawia, że czuję się jak nieustanny wyrzut sumienia – wciąż sprawiam komuś zawód. Psu, znaczy. Nie mogę wszak cały czas się z nim bawić względnie piastować go na podołku i gdy tylko oddalam się do swoich obowiązków, snuje się za mną pojękując, a na włochatym obliczu ma zapytanie: „dlaczego zabiłoś mi ojca gazetą?” Z drugiej strony łatwo go uszczęśliwić. Wystarczy wrócić do domu, żeby posikał się z radości, niestety dosłownie.

Piesunio posiada potężny urok osobisty, którym bez problemu podbił serca rodziny mojego brata, mojej kotolubnej koleżanki, pana gazownika i oczywiście Eskulapa. Tylko jamniki tego ostatniego powarkują na konkurencję. Ja czasem też powarkuję, gdy zawalidroga pęta mi się pod nogami właśnie wtedy gdy najbardziej się spieszę lub myję podłogę. Wychodzenie na spacer o godzinie 4.45 rano, ewentualnie dla odmiany o 10.30 wieczorem też bywa upierdliwe, ale ogólnie miło czasem kogoś pogłaskać. Szkoda, że pipużki nie są takie przystępne.