ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Zajrzyjcie

10 komentarzy

Nie jest ze mną dobrze, ale próbuję trochę odżyć i oczywiście robię to nietypowo. Niech się nie dziwią moi dawni blogowi i nieblogowi znajomi, gdy ich nagle zaatakuję zaproszeniem na Facebooku. A ci, których nie zaatakuję, bo nie znam ich prawdziwych imion, mogą skorzystać z tego zaproszenia:
https://pl-pl.facebook.com/PtakDodoToJa

To takie miejsce, gdzie będę próbowało być wesołe.

Najgorsze jest to, że nie można opowiedzieć o dzisiejszym dniu. Że niemal zamordowałom notariusza i prawie spóźniliśmy się na pogrzeb. Że urna była krągła i bordowa, jedna kuzynka chuda, a druga gruba i że szef bratowej przysłał kurierem piękne róże z Londynu. Nieźle się jego asystenka musiała nagimnastykować, wyobrażasz sobie Mamo?
Już nigdy niczego się nie opowie.

Cóż, jakość moich weekendów pogarsza się w szybkim tempie. Pomijam już fakt, że ze względu na specyfikę mojej pracy rzadko mam wolny weekend jako taki – mam na przykład wolne sobotnie popołudnie, albo niedzielne przedpołudnie. Albo po prostu wolną niedzielę. Gratka mi się trafiła z okazji majowych świąt i miałom wolne aż trzy dni! Ale oczywiście jednego dnia miałom kupę zaległej roboty wokoło dwóch domów, zaś drugiego kilka godzin leżałom plackiem, bo trafiły mi się moje ukochane, niewiadomozczegosiębiorące zawroty głowy. Tylko trzeci dzień był przyjemny, bo miałom gości tych co zawsze, składaliśmy moje ikeowe szufladki i pojechaliśmy do lasu tropić fijoły oraz dzięcioły.

Zeszły weekend (czyli niedziela) miał być w założeniu upojny, ale w rezultacie siedziałom dwie godziny samo, bo Eskulapa poprosili sąsiedzi o pomoc przy chorym piesku. Potem pogoda się skaszaniła na tyle, że dalej siedzieliśmy w domu, aż do wielkiego finału, kiedy to nie poszliśmy do kina, bo pieskowi sąsiadów ktoś musiał zrobić zastrzyk. Oczywiście, mogłom się postawić i bezwględnie żądać kina, bo nawet zabrałom sukiękę na przebranie, ale przecież piesek to piesek, więc stwierdziłom, że w sumie kino możemy przełożyć.

A w ten weekend, który miałom mieć naprawdę solidnie wolny, okazało się, że mój kolega może wyskrobać dla mnie tylko trochę czasu na to przełożone kino, bo tu impreza, tu rodzinne zobowiązania i tak to. Stwierdziłom, że ponieważ wcześniej nie wtajemnicza mnie w swoje plany, to potem czuję się jak zapchajdziura. Na to dictum kolega się obraził. A ja dałom sobie w związku z tym bez żalu wsadzić niedzielne popołudnie w pracy.

Ponieważ Matkę obrobiłom wczoraj, to sobotę miałom mieć dla siebie. Co polega na tym, że zamiast leżeć plackiem i odpoczywać, snuję się po Gnieździe i robię mało efektywnie wszystko na raz. Oczywiście, pod pozorem robienia porządku w ciuchach i papierach stworzyłom taki bałagan, że już nie mogę na niego patrzeć i zaraz zastępczo pójdę pielęgnować Hondziochód – niech też ma coś z życia.

Na początku był początek, czyli wzorcowa deszczowa piosenka ptasia z pętelką:

- Pada deszcz na ptaki, pada mokry taki, a po deszczu chodzi ptak i piosenkę śpiewa tak: pada deszcz na ptaki…

I tak dalej, w koło Macieju. A dalej można tworzyć dowolnie, zależnie, kto aktualnie został zmoczony. Dziś szło w ten sposób:

- Pada deszcz na mnika*, mnik z deszczu umyka, woli zwinąć się w kuleczkę i podrzemać choć troszeczkę.

- Pada deszcz na Hondzię, a Hondzia się cieszy, bo po dniach bez deszczu czystością nie grzeszy.

- Na Drakulkę** deszczyk pada, Drakulka jest z tego rada, bo odmoczy te kałmocze, co zostały jej po sroce.

- A Hondzia jednak trochę się gniewa, bo spadły na nią też kwiatki z drzewa. Wprawdzie jest teraz bardziej umyta, lecz w żółte cętki cała spowita.

A potem przestało padać i pojechałom do roboty. I kwiatki mi zwiało.

* jamnik. W myśl zasady ja mnik, ty mnik, on mnik itd.
** samochód mego kolegi, pochodzenia rumuńskiego. Samochód, nie kolega.

Dod wędrowniczek

4 komentarzy

Na ogólne pocieszenie Ptaka zrobiłom sobie dziś spacer. Ponieważ Eskulap i Jamnik nocowali dziś w Gnieździe, to poprosiłom o zawiezienie mnie do pracy, skąd zamierzałom wrócić pieszo, przebywając 12 kilometrów. Oczywiście mój zamiar spotkał się z przerażeniem i usiłowano mnie od niego odwieźć, ale się zaparłom. Niby mogłobym po powrocie z pracy obejść park dwa razy dookoła i w sumie na to samo by wyszło, tylko bałom się, że po tymże powrocie nie będzie i się już chciało wyjść. Natomiast zostawione w niedzielę wieczorem pod BDS bez środka lokomocji nie będę miało wyjścia.

Poszłom zatem, robiąc zdjęcia chmurom póki było światło i gładząc wszystkie napotkane po drodze winniczki. A po deszczu wyroiły się ich istne stada, więc ten proceder przynajmniej o kwadrans wydłużył mą marszrutę. Ale nie mogę się oprzeć tłustemu ślimakowi, który statecznym pędem pokonuje chodnik na przełaj. Widziałom też nietopyrza i mgłę, która pchała się od pól na tyły mijanych gospodarstw. Nawdychałom się zapachu trawy, porządnie zmoczonej deszczem i jestem znacznie bardziej zadowolone niż 24 godziny temu.

Nieco dalszy ciąg

4 komentarzy

Dzięki, kobiety za dobre słowo. Bo wprawdzie nie siadłom i nie zapłakałom na tę wieść, ale refleksje mnie różne oblazly nieprzyjemne. Nie zapłakołom może dlatego, że opłakałom go już dawno. Odkąd zniknął i nie dawał znaku życia, to wiedziałom, że na pewno nie jest dobrze. Gdyby było lepiej, to odezwałby się na pewno do Matki. Do mnie może by się bał, ale ona usłyszałaby w telefonie lub domofonie skrzeczącym głosikiem zawołane „mama?!”

A ja myślę o tym, jak mały mamy wpływ na życie, swoje i cudze, mimo całego tego gadania o kowalach. Człowiek, który zamieścił tę wiadomość, napisał to w tonie nieco oburzonym, że jak mogą ludzie składać życzenia ot, tak, a jak żył, to się nikt nie zainteresował. Owszem, zainteresował się. Gdybym miało wyliczyć ludzi, którzy próbowali pomóc Gawronowi, to nie starczyłoby mi palców. Ale nie da się żyć za kogoś, brać za niego leków, chodzić na terapię i do pracy. A czasem trzeba brać nogi za pas, bo samemu chce się żyć. Jednak i tak mam wyrzuty sumienia.

A także mam Gawronie zdjęcia, które u mnie zostawił na przechowanie. Miał odebrać, jak wreszcie stanie na nogi. Mogę je tylko odesłać do wuja Janka, bo zawieźć nie dam rady.

Już nie pamiętam, kiedy powiedziałom Gawronowi, że ze względu na własne zdrowie psychiczne nie jestem już w stanie mu pomagać. Matka też go poprosiła, żeby nie przychodził do niej pijany. Wziął to na klatę i zniknął. Matka cały czas ma go w znajomych na FB i dziś pojawiły się na jego profilu życzenia urodzinowe od kogoś ze znajomych. A potem komentarz od kogoś innego, że ludzie te życzenia składają, a on już od pół roku nie żyje. To może być prawda, ale nawet nie chcę tego wiedzieć. Gdziekolwiek jest, nawet jeśli już na innym świecie, to może wreszcie jest spokojny i szczęśliwy.

Umarło wspaniałe poczucie humoru połączone z niezwykłą wyobraźnią, kreatywnością i zmysłem obserwacji. Terry Pratchett nas zostawił samych.

Bezpowrotnie

7 komentarzy

Znów nieco się odłączyłom od rzeczywistości. Coraz mniej jest mnie we mnie. Stado mi się kurczy coraz bardziej i odczuwam to boleśnie. Choroba pozbawiła mnie znajomych, Gawrona zabrała wódka, Matka jest w trybie przetrwalnikowym jeść-spać-siusiu-bezstresowo spędzać czas, a Wąż właśnie ostatecznie się wyprowadził. Po piętnastu latach wrócił do Poznania zabierając swą nową rodzinę i nie będzie już co tydzień wpadał do Gniazda, nie będzie chodził na rynek po ziarka dla piputów, nie będzie wyżerał z lodówki po nocy, ani się przychrzaniał, że nie dbam o mieszkanie. A ja nie będę się już wkurzać, że na starość został tłustym pijusem. Ale i tak z nikim nigdy tak dobrze mi się nie rozmawiało. Coś się kończy, ale nic się nie zaczyna.

Sny o potędze

8 komentarzy

Śniło mi się, że biegłom. Przez las, drogą dość szeroką, ubitą, lekko wilgotną, ale nie śliską. Pewnie padało w nocy, ale niezbyt obficie i zdążyło przeschnąć. Biegłom tak, jak normalnie idę – z lekkim wysiłkiem i poczuciem mocy. Bez zadyszki. Dłużej niż pół minutki. Nic dziwnego, że zaspałom.

Z drugiej strony, jakoś trzeba się było zregenerować, by dociągnąć do końca tygodnia. Bo zeszły tydzień to była mała masakra. Sześć dni pod rząd na tą samą godzinę, czego szczerze nie znoszę i w dodatku solo. Koleżanka zachorzała, albo raczej przedłużyła zwolnienie, bo nie ma jej już kolejny miesiąc. Jest ciężko, ale mam świadomość, że może być jeszcze gorzej. Tylko kto mi zapłaci za przerwy, na których nie byłom?

A po tej masakrze zwinęłom się w kulę pod przykryciem z Eskulapa i Jamnika, uprzednio zjadając jedną kosteczkę czekolady z absyntem, którą drogi mój kolega otrzymał w prezencie. Prawdziwa, szwajcarska czekolada z absyntem. Prawdę mówiąc, w nadzieniu czułom wyłącznie anyżek. Równie dobrze mogłaby być z ouzo. Ale głupi ci Szwajcarzy…

No i dla odmiany śniło mi się pasmo górskie, które przemierzałom w bardzo zacnej kompanii. Wśród mych towarzyszy był czarodziej w spiczastym kapeluszu oraz mysz. Mysz bardzo chciała iść sama, ale trochę już nie dawała rady i trochę ją nieśliśmy. Trochę była niekontenta z tego powodu i klęła bynajmniej nie trochę. Zmierzaliśmy do pomostu łączącego z drugim pasmem, droga była trudna, ciemno jak w ślepej kiszce i mżawka. Ale widoki mimo ciemności zachwycające. I czytała Krystyna Czubówna.

Eskulap stwierdził, że jak na taki malutki kawałeczek czekolady z absyntem to naprawdę dałom czadu.


  • RSS