ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Obyczaje

Ilość nóg w mym Gnieździe chwilowo zwiększyła się do szesnastu – dycha słodkich ptaszkowych pazurków i moje dwie powykrzywiane giczoły plus cztery kudłate psie łapy. Pies, czyli Piesunio, Brytan, Szmatex lub Głupeczek jest własnością Węża przebywającego aktualnie w placówce specjalistycznej. Cztery lata, cztery kilo, formatu Nowy York, czyli mięciutki kundel rozmiaru dwóch jorków właściwych, zaprogramowany by po dotknięciu grzbietu natychmiast się na niego przewracać i wystawiać bezbronny brzuszek z całym wyposażeniem.

Opieka nad tym stworkiem sprawia, że czuję się jak nieustanny wyrzut sumienia – wciąż sprawiam komuś zawód. Psu, znaczy. Nie mogę wszak cały czas się z nim bawić względnie piastować go na podołku i gdy tylko oddalam się do swoich obowiązków, snuje się za mną pojękując, a na włochatym obliczu ma zapytanie: „dlaczego zabiłoś mi ojca gazetą?” Z drugiej strony łatwo go uszczęśliwić. Wystarczy wrócić do domu, żeby posikał się z radości, niestety dosłownie.

Piesunio posiada potężny urok osobisty, którym bez problemu podbił serca rodziny mojego brata, mojej kotolubnej koleżanki, pana gazownika i oczywiście Eskulapa. Tylko jamniki tego ostatniego powarkują na konkurencję. Ja czasem też powarkuję, gdy zawalidroga pęta mi się pod nogami właśnie wtedy gdy najbardziej się spieszę lub myję podłogę. Wychodzenie na spacer o godzinie 4.45 rano, ewentualnie dla odmiany o 10.30 wieczorem też bywa upierdliwe, ale ogólnie miło czasem kogoś pogłaskać. Szkoda, że pipużki nie są takie przystępne.

Ptak zabity logiką

3 komentarzy

Wczoraj po powrocie z pracuni pognałom przez kałuże, żeby nabyć taką prozę życia jak pyry i marchew na zupkę oraz nieco bardziej poetyczne jabłuszka, gdyż próbuję stosować się do zasady „one apple a day keeps doctors away”. Zapomniałom jednak, że przy sobocie Śmierdzący Sklepik, czyli mój lokalny warzywniak, stoi otworkiem tylko do 15, a było już ciut po. Przeszłom więc dwadzieścia kroków dalej, do spożywczaka, w którym zazwyczaj nie kupuję i spytałom, czy sprzedają prozaiczne warzywa. Otóż nie, nie mają marchewki, bo jak stwierdziła pani sprzedawczyni, obok jest warzywniak i za duża konkurencja. Hm, sprzedają też ciasta, a w budynku obok jest cukiernia. Sprzedają alokohol, słodycze i przekąski chociaż na rogu funkcjonuje przybytek typu „alkohole 24″. Oferują też pieczywo, kasze, ser, wędliny, nabiał, mrożonki, owoce i napoje pomimo obecności dziesięć razy większego sklepu ze wszystkim na kolejnym rogu. Oraz wbrew wszystkiemu mieli nawet ziemniaki poważone po 5 kg. Nie znam się na handlu, ale w obliczu takiej konkurencji chyba logicznie byłoby się zamknąć w cholerę zamiast pozbywać się tylko marchewki. Cóż, pognałom na kolejny róg po komplet zakupów, tym samym wspomagając konkurencję.

Idą wybory. Uwidacznia się ten fakt w ilości ryjów na płotach. Jakoś to znoszę. To nie moje płoty. Na swoim bym żadnego kandydującego ryja nie wywiesiło za żadne pieniądze, a proponującego pogoniłobym grubym kijaszkiem. Niestety, ryje zaczynają się też wysypywać ze skrzynek docelowo przeznaczonych na korespondencję, która to funkcja zachowała się głównie w nazwie „skrzynka na listy”. Ostatnimi czasy są to głównie skrzynki na ulotki reklamowe, a teraz jeszcze na ryje wyborcze. Jakaś niesympatyczna na oko dama uwiesiła się też na gumce do klamki mieszkania Matki, skąd zdjęłom ją zgrzytając dziobem. A dziś z osobistej skrzynki wyjęłom cały plik innej damy, wśród której mozolnie musiałom doszukiwać się własnej korespondencji. Wiem, że to za chwilę minie i zostanie gazetka z Netto, w którym nie kupuję plus zaproszenie na bezpłatne badanie słuchu, na które się nie wybieram, jednakowoż wzbiera we mnie chęć, by wziąć ten plik, udać się do biura tej pani i walnąć jej to na podłogę. Skoro ona może śmiecić u mnie, to i mnie wolno u niej.

Mam całkiem sporo do napisania, ale jakoś mi nie idzie, natomiast dzisiejsze wydarzenie opisać sobie muszę ku pamięci, bo samo się zdziwiłom. Zaczęło się od tego, że Matka znów doprowadziła mnie do szału. Ponownie poszło o zeżarcie zapasu karmy na trzy dni i rozważam wynajęcie jakiejś osoby, która by Matce wydawała posiłki pod moją nieobecność. Gdyż moja nieobecność czasem zdarzać się musi, bo inaczej zamkną mnie u czubków. Anyway, już wczoraj siedząc na rynku w Olsztynie, tym koło Częstochowy, dowiedziałom się via łącze GSM, że muszę szybko wracać, gdyż wszystko już zjedzone. Nie zamierzałom już tego wieczora stanąć w drzwiach z pełnym garnkiem, zaproponowałom zatem wyciągnięcie z zamrażalnika pojemnika, w którym ostatnio zdeponowałom nadmiar indyka z warzywami i wchłonięcie tegoż. Nadmienię, że był to pojemnik o litrażu 500 ml, Matka jeszcze ugotowała jego zawartości do towarzystwa makaron i wciągnęła całość. Choć może należy się cieszyć, że nie zjadła tego bez rozmrożenia, razem z pojemnikiem.

Chwilowo nie zamierzam tu spisywać moich refleksji na temat opieki nad osobą, którą kochałom najbardziej na świecie, a która w coraz mniejszym procencie jest sobą. Cala historia z jedzeniem spowodowała tylko, że mój nastroj, całkiem dobry po wyjeździe, zrobił gwałtowny przewrót. Jak już się wyryczałom na ten temat, to z takim przewróconym nastrojem udałom się na zewnątrz celem iżby wynieść śmieci i po drodze napotkałom osobników, którzy mi dolali oliwy do ognia, względnie przelali menisk. Właściwie jednego, bo drugi był raczej statystą. A ten pierwszy stał tuż pod drzwiami klatki schodowej, młody, ładny chłopak, nagi do pasa, zapruty w trzy dupy i wywrzaskujący jakieś obelgi. Warknęłom tylko „przepraszam” i powędrowałom do śmietnika. Wracając już z daleka słyszałom głuche ogłosy uderzeń. Pijany chłopak walił pięścią w pleksi, które jest wstawione w drzwi mojej klatki. A mi dym poszedł uszami i już w połowie drogi wrzaskiem zadałom pytanie, czy ma jakiś problem.

„Mam problem!” odwrzasnął klatkowy agresor.
„To go rozwiąż, a nie napierdalaj mi w drzwi, człowieku!”

Próbował mnie bełkotliwie przegadać, wyjaśniając, że mój sąsiad jest mu winien pieniądze, on się zdenerwował i przecież nic złego nie robi. Ale ja byłom niesione gniewem i w krótkich, żołnierskich słowach kazałom mu się zabierać i walić we własne drzwi, zanim mi moje rozwali, ewentualnie zrobić dziesięć pompek, co świetnie koi zszargane nerwy. Chyba trochę się zdziwił, a jego kolega pękał ze śmiechu, ale od drzwi odeszli i siedli na ławce niepodal. A ja dopiero wtedy pomyślałom, że zachowałom się jak Wąż, tylko masę mam trochę mniejszą i łatwiej mi dać w dziób. Ale w razie czego mam dobre odejście.

W ramach dalszych zabaw z losem pomyślałom sobie, że mam za dużo rzeczy. To jest zresztą myśl, która pewnie prędzej czy później przyjdzie do głowy każdemu, kto ma nieustający remont i tylko wszystko przenosi z kąta w kąt. Po czym pięknego niedzielnego poranka, gdy szykowałom się do pracy, usłyszałom potworny łoskot, brzęk tłuczonego czegoś i moje płochliwe ptaszęta z kwikiem wzbiły się w powietrze. Potuptałom do źródła dzwięku i odkryłom, że półka z talerzami wzięła i się oberwała, a jej zawartość z hukiem wyjechała na środek kuchni, układając się w malowniczy stos skorup. Oczywiście, nie posiadam w swej skromnej kuchni porcelany miśnieńskiej, ale te stare talerze z Chodzieży odziedziczone po poprzednim właścicielu mieszkania bardzo lubiłom. I co gorsza życie stracił też piękny kwadratowy talerzyk z IKEI, com go dawno temu dostało w prezencie od koleżanki. W zamierzchłych czasach, gdy jeszcze miałom jakieś koleżanki. Wzdech. Życie choć piękne, tak kruche jest, zwłaszcza życie talerzyka.

Zostawiwszy ten bajzel na podłodze dosiadłom Bzyki i wyruszyłom do pracy. To jest zaleta bycia samotnym – zawsze można zostawić bajzel. Ostatnio nazbyt często mi się to zdarza i muszę się wziąć w karby, ale to akurat była wyjątkowa sytuacja. W pracy spędzałom czas głównie przekazując klientom informację, że nie mamy już basenów i wentylatorów. Niektórzy brali to na klatę, ale nie wszyscy. Niektórzy strzelali focha, bo jak to? Towar ma być!! A jak nie, to pójdą gdzie indziej. Szczęśliwej drogi, gdzie indziej też nie ma. Inni zaś nie dawali się łatwo spławić, jakby podejrzewali, że gdzieś pod nogami bunkruję stos towaru, żeby go odesłać po sezonie zamiast sprzedać.

„Jak sam pan widzi, jest pusta półka.”
„Ale może macie gdzieś w magazynie?”
„Zaręczam, że wszystko co było, sprzedało się wczoraj.”
„Ale może pani zadzwoni do tego drugiego BDS, może tam mają?”
„Ale to nie ma sensu, bo już dziś dzwoniłam i nic nie mają”
„Pani jest nieuprzejma!”
„Dziękuję, staram się jak mogę…”

To chyba ten upał tak działa. Już po zamknięciu BDS jakaś pani nie mogąc dostać się wejściem pobiegła do wyjścia i tam zażądała, żeby ją wpuścić, bo ona musi kupić basen. Rozumiem, że jest gorąco, ale nie przypuszczałom, że ludziom tak szybko się obwody przegrzewają. Może dlatego, że nie pada? W niedzielę wieczorem wyglądało to już tak obiecująco, aż się zatrzymałom na wiadukcie, żeby utrwalić ten cud natury:

2015-08-09 19.42.55Ów śliczny róż na dole chmury wywoływał przeciwległy zachód słońca, który wyglądał tak:

2015-08-09 19.43.19Niech państwo zwróci uwagę na te dynamiczne, industrialne linie linii energetycznej! Niestety, jakoś się rozeszło po kościach. Piękna chmura tkwiła sobie niewzruszona na południowym zachodzie i być może nawet się tam skraplała, bo jej urodziwy kształt klasycznego kowadła sugerował burzę.  A w mej okolicy, nie tkniętej dżdżem, zrobiło się tak:

2015-08-09 20.07.02I nie, nie jest to obóz koncentracyjny, jeno płot elektrociepłowni sąsiadującej z mym garażem. Nawiasem mówiąc, pracownicy elektrociepłowni to się chyba teraz trochę nudzą.

Skrada się cicho wśród cieni,
Chyłkiem, ukradkiem przemyka
Pod osłoną nocy
Wyrywa lebiodę z trawnika.

Posprzątają

9 komentarzy

Stoję sobie, ja – Ptak, pod skrzynką na listy w bloku mej Matki – staruszki i usiłuję spośród naręcza ulotek i gazetek reklamowych wydłubać korespondencję, jak najmniej roniąc na podłoże. Pomimo mych wysiłków jakiś zbędny papiór jednak ulega grawitacji, a ja się fachowo obniżam, by go pozbierać. Jestem w połowie ugięcia kolan, gdy słyszę z ust młodzieży męskiej schodzącej po schodach:

„Po co pani zbiera? Posprzątają…”
„Doprawdy?” zapytuję „A jeśli to ja tu sprzątam?”
„A sprząta pani?”
„Tu akurat nie, ale gdzie indziej owszem i dlatego zawsze sprzątam po sobie.”

Młodzież owa wygląda przyzwoicie, nosi eleganckie paletko i czyste półbuciki. Pewnie ktoś jej pierze, czyści i pastuje. Oraz zbiera ogryzki od jabłuszek rzucane pod biurko. Jakiś ktoś. I wiadomo teraz, skąd się biorą choćby w BDS te paragony na podłodze, papierki obok kosza na śmieci, gazetki rozwleczone po szafkach obok stojaka, kredki na dywaniku w kąciku dzieciowym. Zostawione dla tego ktosia, który sprząta. Żeby się czasem nie nudził i nie czuł zbędny.

To akurat potrafię. Dajcie mi starszego pana, byle niespecjalnie eleganckiego, bo z takim może być ciężko, a zauroczę go w try-miga. Dziś zauroczyłom pana gazownika i to tak skutecznie, że musiał potem telefonować, żebym dopisało na protokole coś, o czym on zapomniał, cytuję, zauroczony swoją klientką. Cóż, byłom sobą. Zrobiłom herbatkę, porozmawiałom, brałom czynny udział w wyginaniu rury na poręczy schodów i osadzaniu jej na właściwym miejscu, a na koniec pomogłom staszczyć do samochodu liczne skrzynki z narzędziami. Starsi panowie zawsze się radują przy niewiastach krzepkich i największy podziw osobistego dziadka zyskałom, gdy samorzutnie na wóz skoczywszy, zaczęłom szuflować ziemniaki do kosza.

Niestety, na młodzież męską po trzydziestce to nie działa. Taki będzie wyrywał ci plecak, choć to twoja torebka i ciężko się obrazi, gdy samodzielnie wniesiesz osobisty rower na pierwsze piętro. I na nic tłumaczenia, że wnosiłaś już maszynę nawet na piąte bez uszczerbku na zdrowiu. A potem będzie się taki skarżył na forum internetowym, że kobiety myślą, że są księżniczkami i nawet dwóch bułek same nie przyniosą ze sklepu. I weź tu zrozum. U młodych panów nie mam szans.


  • RSS