ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Przypadki Matki

Na urodziny

3 komentarzy

Photo0166

Nie będzie już przypadków Matki. Nie będę się już wkurzać, że nie zjedzone, za dużo zjedzone, nie to zjedzone, co trzeba. Nie będzie telefonów trzy razy dziennie, opowieści o papużkach, powtarzania po raz setny starych dowcipów, głośnego czytania kolejnej „Ani”. I mnie też będzie trochę mniej. Moja Kwoka mnie zostawiła.

Jestem najsamotniejszym jajkiem na świecie.

Mam całkiem sporo do napisania, ale jakoś mi nie idzie, natomiast dzisiejsze wydarzenie opisać sobie muszę ku pamięci, bo samo się zdziwiłom. Zaczęło się od tego, że Matka znów doprowadziła mnie do szału. Ponownie poszło o zeżarcie zapasu karmy na trzy dni i rozważam wynajęcie jakiejś osoby, która by Matce wydawała posiłki pod moją nieobecność. Gdyż moja nieobecność czasem zdarzać się musi, bo inaczej zamkną mnie u czubków. Anyway, już wczoraj siedząc na rynku w Olsztynie, tym koło Częstochowy, dowiedziałom się via łącze GSM, że muszę szybko wracać, gdyż wszystko już zjedzone. Nie zamierzałom już tego wieczora stanąć w drzwiach z pełnym garnkiem, zaproponowałom zatem wyciągnięcie z zamrażalnika pojemnika, w którym ostatnio zdeponowałom nadmiar indyka z warzywami i wchłonięcie tegoż. Nadmienię, że był to pojemnik o litrażu 500 ml, Matka jeszcze ugotowała jego zawartości do towarzystwa makaron i wciągnęła całość. Choć może należy się cieszyć, że nie zjadła tego bez rozmrożenia, razem z pojemnikiem.

Chwilowo nie zamierzam tu spisywać moich refleksji na temat opieki nad osobą, którą kochałom najbardziej na świecie, a która w coraz mniejszym procencie jest sobą. Cala historia z jedzeniem spowodowała tylko, że mój nastroj, całkiem dobry po wyjeździe, zrobił gwałtowny przewrót. Jak już się wyryczałom na ten temat, to z takim przewróconym nastrojem udałom się na zewnątrz celem iżby wynieść śmieci i po drodze napotkałom osobników, którzy mi dolali oliwy do ognia, względnie przelali menisk. Właściwie jednego, bo drugi był raczej statystą. A ten pierwszy stał tuż pod drzwiami klatki schodowej, młody, ładny chłopak, nagi do pasa, zapruty w trzy dupy i wywrzaskujący jakieś obelgi. Warknęłom tylko „przepraszam” i powędrowałom do śmietnika. Wracając już z daleka słyszałom głuche ogłosy uderzeń. Pijany chłopak walił pięścią w pleksi, które jest wstawione w drzwi mojej klatki. A mi dym poszedł uszami i już w połowie drogi wrzaskiem zadałom pytanie, czy ma jakiś problem.

„Mam problem!” odwrzasnął klatkowy agresor.
„To go rozwiąż, a nie napierdalaj mi w drzwi, człowieku!”

Próbował mnie bełkotliwie przegadać, wyjaśniając, że mój sąsiad jest mu winien pieniądze, on się zdenerwował i przecież nic złego nie robi. Ale ja byłom niesione gniewem i w krótkich, żołnierskich słowach kazałom mu się zabierać i walić we własne drzwi, zanim mi moje rozwali, ewentualnie zrobić dziesięć pompek, co świetnie koi zszargane nerwy. Chyba trochę się zdziwił, a jego kolega pękał ze śmiechu, ale od drzwi odeszli i siedli na ławce niepodal. A ja dopiero wtedy pomyślałom, że zachowałom się jak Wąż, tylko masę mam trochę mniejszą i łatwiej mi dać w dziób. Ale w razie czego mam dobre odejście.

Jest upał, jest upał! Wreszcie przyszedł, niech się radują wielbiciele tropików, których nie stać na wyjazd tamże i biedne dzieci, które wreszcie poczują, że mają wakacje. Bo wiadomo, że prawdziwe wakacje są wtedy, gdy się człowiek porządnie spoci. A może dzieci się nie pocą? Nie wiem, nie pamiętam. Ostatnio byłom dzieckiem w ubiegłym suleciu.

Tymczasem weekendową kulminację upałów spędziłom najpierw w samochodzie, który na szczęście ma klimatyzację nieco bardziej zaawansowaną niż obustronnie otwarte okna, następnie w rozgrzanym do czerwoności bloku na warszawskim osiedlu, potem w trochę mniej rozgrzanym bloku na innym warszawskim osiedlu, a końcówkę ponownie w samochodzie, lecz już po zachodzie słońca, więc się nie liczy. Natomiast spacer Wałem Wiślanym koło 21 polecam z całego ugotowanego drobiowego serca.

Po powrocie z wojaży zajrzałom do Matki, intensywnie się wietrzącej otwartym balkonem i spytałom, czemu nie wyciągnęła wentylatora. Spojrzała na mnie, a jej wzrok prowadził donikąd. „Maryśka, zapomniałaś, że masz wiatrak?” spytałom ze złudną nadzieją, że to tylko sen. „Yyyy…” odpowiedziała Matka w ramach kropki nad i. Boże, jeśliś jest, skróć mi nogę. Natomiast wczoraj wracając Bzykunią z roboty po zmroku, nie uwierzycie, ale zmarzłom i dziś się dogrzewam za pomocą pieczenia chleba, bo znudziła mi się owsianka na śniadanie.

O całkiem czym innym miałom w końcu napisać, ale taki cudny dzień był dzisiaj, że aż muszę go uwiecznić. Jak dla mnie, to tak jak dziś mogłoby już być aż do późnej jesieni. Oczywiście plus zieleń. Już się nie mogę doczekać aż wszędzie powyłazi zielone. Wywlokłom Matkę na pierwszy duży spacer, bo przez zimę była tylko świńskim truchtem przez ulicę u lekarza i troszkę dalej u fryzjera. Oczywiście, najęczała się przed wyjściem, strasząc, że pewnie będzie musiała jechać na wózku o dźwięcznym imieniu Mercedes, ale potem zasuwała szparko aż do miejscowego centrum handlowego, gdzie spoczęła w jadłodajni z kubkiem Pepsówki w garści. Nie macie pojęcia, ile taka mała Matka jest w stanie zjeść.

Odstawiwszy Matkę w bezpieczne objęcia jej domowej toalety pognałom do dentysty rekonstruować padły ząb. Przed przychodnią na trawniku przywitała mnie kosiowa siłująca się z robakiem, którego próbowała wciągnać do dzioba. A wieczorkiem omarszobiegałom Central Park rozmyślając nad zmianą planu treningowego na jakiś bardziej skuteczny. Zmrok zapadał niespiesznie, a ćwierki ptaszkały jak szalone, dzwoniąc i gwiżdżąc na wyprzódki. Gdzieś w krzakach siedział ktoś bardzo malutki i pipczał, jakby go naciskano na brzuszek. I jak tak sobie kusztykałom, to zobaczyłom na ścieżce dużą, dorodną, lśniącą wilgotną świeżością, nie bójmy się tego słowa, kupę. Z gatunku luźniejszych. Musi jakiś piesek miał lekkie rozwolnienie, pomyślałom mijając ją zygzakiem, a wtedy ona dostała oczek i nóżek, i oddaliła się energicznie. Bo to była przepiękna ropucha.

Idą dwie kluski przez pustynię, a tu nagle wyskakuje na nie makaron i krzyczy: „Zaraz was zgwałcę!”. Na to kluski: „Ale nas jest dwie…” A makaron: „Nie szkodzi, jestem czterojajeczny!”

Zawsze mi się to przypomina, kiedy jem makaron i się chichram. I od razu wiadomo, co dziś było na obiad. W Lidlu dawali takie piękne, kolorowe makarony i choć staram się jeść kluchozaury jak najrzadziej, to temu zielonemu z czosnkiem niedźwiedzim nie dałom odporu. Makaron dobry, w praniu trochę traci kolor, czosnek niewyczuwalny.

A poza tym zawiozłom dziś Matkę do Przychodni Chorób Płuc, bo potrzebne jej nowe zaświadczenie, żeby Rodzinna mogła zgodnie z prawem oraz swym sumieniem wystawiać jej recepty. W przychodni stacjonuje odwieczna lekarka, która cierpi na lekkie rozdwojenie jaźni, znane wielu osobom, które leczą się i NFZtowo, i prywatnie. Otóż prywatnie jest empatyczna, dokładna i rzeczowa, a NFZtowo chaotyczna, roztargniona i na odwal się. Dodatkowo cierpiała dziś też na katar, co na pewno nie enhanced jej performance. Nie umiem tego po polsku powiedzieć.

Matka swego czasu dostała od niej ochrzan, jak poprosiła o jakieś badanie typu spirometria, a drugi raz dostała ochrzan, że przychodzi tylko raz do roku po to zaświadczenie. A po co ma częściej przychodzić, skoro nikt jej tam nie zbada dokładniej niż pobieżnie osłuchując? Natomiast są tacy, co przychodzą i dziś na widok zapchanej poczekalni poczułyśmy niepokój, kiedy ona to wszystko przerobi. Luźna guma, dała radę. Pacjenci wchodzili i wychodzili jak na taśmie i drugą taśmą jechali do rejestracji zapisać się na następną wizytę. Matka była jedyna, która z tej drugiej taśmy nie skorzystała. W rezultacie wizyty są na za pół roku, a pani doktor okropnie zapracowana.

Ale wcale nie narzekam jakby co. Czytam właśnie „Jak dawniej leczono” i tamci pacjenci to dopiero mieli powody do narzekania. Jeśli oczywiście udało im się przeżyć proces leczenia.

Moja Matka zamieniła się w wielką jamę chłonąco-trawiącą. Zaczynam tęsknić do czasów, kiedy niedomagała na przewód pokarmowy i w zaprzyjaźnionej aptece na hasło „Ja po cukierki dla mamusi” panie podawały Raphacholin i Espumisan. Tymczasem na mej diecie naturalnej przeszło jej jak ręką odjął i nic, tylko by  żarła. No, bo jej tak smakuje. No i z nudów trochę też, bo siedzi w chałupie, nic nie robi, to i by coś zjadła. Taki paradoks, bo jak człowiek zapiernicza jak mały parowóz i nie wie, w co najpierw ręce włożyć, to nawet o jedzeniu nie myśli, choć właśnie przydałoby się zjeść coś posilnego. A ja nawet nie mogę powiedzieć „A niech żre na zdrowie”, bo nie nadążam gotować. A poza tym, muszę pilnować, żeby się nie upasła, bo kto ją potem będzie dźwigał? Ja przecież. A ja wprawdzie jestem mocno silne jak na takiego kurdupla, ale jakby też nie młodnieję, a mnie to już nie będzie miał kto dźwigać.

Już w poniedziałek była awanturra na ten temat, bo Matka przez dwa dni wciągnęła obiady przewidziane na trzy dni, a potem szlochała mi w słuchawkę, że nie ma co jeść. „To ugotuj sobie ten kawał kalafiora, co siedzi w lodówce” zaproponowałom brutalnie, bo będąc w pracy, zwłaszcza położonej 10 kilometrów od jaskini Matki kiepsko się widziałom przy garach. „Ale ja nie dam rady” zawyła Matka telefonicznie. Równie telefonicznie powiedziałom jej, gdzie wobec tego ma mnie pocałować i rozłączyłom się. Awanturra była nawet mniej o to, że pożarła, ale że mi nie powiedziała o tym wtedy, kiedy byłom w stanie dostarczyć karmę.

A dziś przed południem popędziłom odebrać Hondziochód z warsztatu, dotarłom do Matki po drodze robiąc zakupy, chwilę poczytałom na głos jako czasomumilacz, przygotowałom obiadowe buraczki i popędziłom dla odmiany na cmentarz, żeby część obowiązkowej szopki mieć z głowy. Po powrocie zamierzałom ugotować kaszę, podgrzać sos paprykowy, który czekał w matczynej lodówce od przedwczoraj, zjeść wspólnie obiad i wrócić do Gniazda. Gnając z cmentarza zrobiłom kolejne zakupy, wpadłom do mieszkania, z szybkością błyskawicy wsypałom kaszę na wrzątek, wyciągnęłom talerze i sięgnęłom po rondelek z sosem. Którego było w rondelku na oko pół łyżki. Resztę Matka jakoś tak, jak sama to ujęła, zjadła zanim po przedwczorajszym obiedzie schowała naczynie do lodówki.

Owszem, eksplodowałom. Owszem, wyrzuciłom z siebie wiele słów powszechnie uznanych za obelżywe. Owszem, powiedziałom Matce, że jest żarłoczną egoistką, która ma w dupie moją pracę. Nie mam poczucia winy. Cieszę się tylko, że niczym nie jebnęłom w podłogę. Ale ta sytuacja nieco mnie przerasta i nie bardzo wiem, co robić. Nie jestem w stanie codziennie dostarczać Matce jednej porcji obiadu i jednej porcji kolacji. Zonk.

Najpierw te nieszczęsne poznańskie osiołki, nie mylić ze słowikami. Rzuciło mi się w oko na Fochu, zaśmiałom się po przeczytaniu błyskotliwych komentarzy i przeszłom do porządku dziennego dyskretnie pukając się w czoło. Ale za kilka godzin już mi mniej było do śmiechu, gdy przeczytałom, że interwencja radnej była tak skuteczna, że nieszczęsne zwierzęta rozdzielono siatką, żeby nie mogły więcej gorszyć małoletnich. Mam nadzieję, że obejmujący niedługo stanowisko nowy dyrektor ZOO położy kres temu idiotyzmowi. Swoją szosą, jeśli radni PiS są równie sprawczy w każdym mieście, to chyba wybiorę się do lokalnego w sprawie wpychania mi ulotek do skrzynki pocztowej. Jednakże moja wiara w zdrowy rozsądek Poznaniaków została poważnie nadszarpnięta.

Następnie przyszła kolej na wiarę w uczciwość ludzką. Nie, żebym było jakoś szczególnie w tej wierze umocnione, ale bezpośrednie zetknięcie z brakiem uczciwości smaga jak biczem. Otóż naprzeciwko bloku Matki od niedawna funkcjonuje malutki lecz prężny warzywniak. Właścicielami i sprzedawcami w jednym są bardzo sympatyczni młodzi ludzie, którzy naprawdę się starają, zatem jestem tam stałym i regularnym klientem, i życzę im jak pan Spock „Live long and prosper”. No i dziś się dowiedziałom, że właśnie ktoś im zgarnął wszystkie pięciozłotówki z kasety na bilon, której właściciel nie schował kiedy na dwie minuty wybiegł do samochodu. Na pewno nie był to majątek, ale liczy się fakt. Bo to jest taki sklep, gdzie towar stoi na chodniku, a klient jak chce, to bierze siatę i sobie nabiera, więc tam wierzą w ludzką uczciwość. A to na pewno zrobił ktoś, kto normalnie przychodzi tam na zakupy, a nie jakiś przechodzień. Oby trąba jego słonia natrafiła na kaktusy.

A ostatni cios zadała mi osobista Matka, choć i ja nie jestem bez winy ( ale i tak to wszystko wina Tuska ). Wczoraj ktoś zadzwonił na stacjonarny, podobno konsultant z PGE, które nam prąd dostarcza. Nie wiem o co chodziło, bo z Matką gadał, a ja jakoś zapomniałom, że należałoby jej wyrwać słuchawkę i przejąć kontrolę nad resztą wydarzeń. Słuchawkę i tak otrzymałom, bo domniemany konsultant poprosił o numer faktury z kwitu rozliczeniowego i musiałom wystąpić w roli oczu. Przy okazji zapytał, czy nie mogliby wysyłać rozliczeń drogą elektroniczną, na co chętnie przystałom, bo szkoda papieru. W związku z tą dyspozycją miał dziś do Matki przybyć pracownik i wziąć podpis. To mi się wydało jakieś podejrzane, poprosiłom więc Matkę, żeby była ostrożna i nie podpisała przypadkiem jakiejś zmiany taryfy. Ma wyrazić zgodę na e-fakturę i wsio.

I oczywiście, co ujrzały me średniej urody oczy natychmiast po wejściu w centrum stołu? Umowę z firmą Tauron Grupa Energetyczna na dostarczanie energii elektrycznej. Przyznaję, że opitoliłom Matkę na czym świat stoi, a ona broniła się słabo, że tak jej podsunął tę umowę ten pracownik, więc podpisała. Nie wiem, kurka siwa, przez grzeczność? Żeby mu zawodu nie robić? Skoro już się pofatygował, żeby nie odszedł z niczym? A jakby to był Mefisto z cyrografem, to też by podpisała? No, to teraz mamy 10 dni na wypowiedzenie umowy, a ja niniejszym obwieszczam światu, że Tauron Grupa Energetyczna to wieprze dzikie i szczecińiaste, co przestępczo wprowadzają w błąd staruszków i choćby ich oferta była najlepsza na świecie, to niech ją sobie wsadzą tak głęboko, że w celu iżby wyjąć konieczna będzie trepanacja czaszki. No, i żeby oparszywieli, rzecz jasna.

A na zamknięcie dnia ciśnienie podniosła mi dziewoja pedałujaca po zmroku na rowerze równie oświetlonym jak sala kinowa po seansie. Zaprawdę, miałom ochotę zawrócić i wjechać jej w tyłek. Powstrzymał mnie tylko fakt, że samo jechałom rowerem. Oświetlonym jak łódzka Katedra.

Staruszka i pająk

10 komentarzy

Gdy dziś koło południa dysząc żądzą gotowania stanęłom w matczynych progach zastał mnie pomarańczowy (od rolet) półmrok oraz Matka w nocnej koszuli. Jakoś jej się przysnęło. Zwłaszcza, że była znużona po straszliwych porannych przejściach. Otóż o świtaniu zaatakował ją ogromny pająk. Teraz pora na zmianę zeznań – nie atakował tylko wszedł przez okno. Faktycznie, na parapecie były ślady ziemi. Najwyraźniej nie wytarł nóg. Rozumiem, też by mi się nie chciało. Ale pora na zmianę zeznań – nie wszedł przez okno, tylko z półki naściennej przeszedł W POWIETRZU na drugą stronę drzwi. Matka ponoć chciała go w tym powietrzu utrupić ciężkim narzędziem, ale ino się mignął. Ale za chwilę Matka dostrzegła ruch na kredensie, rzuciła się w tamtą stronę, klapkiem z osobistej stopy zgniotła nieproszonego gościa i dla pewności przycisnęła truchło pobliskim naczyniem kryształowym. Po czym udała się na zasłużony odpoczynek.

Słuchając tej mrożącej wszystko opowieści trzy razy spytałom, czy Matka oprócz wieczornego psychotropa spożywała jeszcze jakieś inne tajemnicze proszki, płyny lub tabletki, ale nie przyznała się. Na dowód kazała mi obejrzeć zewłok przyciśnięty kryształem. Na wszelki wypadek najpierw sprawdziłom od góry na obecność rozprasowanych ośmiu nóg, ale nic takiego nie dojrzawszy ze spokojem podniosłom naczynie. Pod spodem leżał sobie niewinnie wyglądający okragły listek, nieco suchy.

Matka nadal jest przekonana, że gdzieś w jej mieszkaniu kryje się ogromny pająk.

Napięcie rośnie.


  • RSS