ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Ptasiunie

Ilość nóg w mym Gnieździe chwilowo zwiększyła się do szesnastu – dycha słodkich ptaszkowych pazurków i moje dwie powykrzywiane giczoły plus cztery kudłate psie łapy. Pies, czyli Piesunio, Brytan, Szmatex lub Głupeczek jest własnością Węża przebywającego aktualnie w placówce specjalistycznej. Cztery lata, cztery kilo, formatu Nowy York, czyli mięciutki kundel rozmiaru dwóch jorków właściwych, zaprogramowany by po dotknięciu grzbietu natychmiast się na niego przewracać i wystawiać bezbronny brzuszek z całym wyposażeniem.

Opieka nad tym stworkiem sprawia, że czuję się jak nieustanny wyrzut sumienia – wciąż sprawiam komuś zawód. Psu, znaczy. Nie mogę wszak cały czas się z nim bawić względnie piastować go na podołku i gdy tylko oddalam się do swoich obowiązków, snuje się za mną pojękując, a na włochatym obliczu ma zapytanie: „dlaczego zabiłoś mi ojca gazetą?” Z drugiej strony łatwo go uszczęśliwić. Wystarczy wrócić do domu, żeby posikał się z radości, niestety dosłownie.

Piesunio posiada potężny urok osobisty, którym bez problemu podbił serca rodziny mojego brata, mojej kotolubnej koleżanki, pana gazownika i oczywiście Eskulapa. Tylko jamniki tego ostatniego powarkują na konkurencję. Ja czasem też powarkuję, gdy zawalidroga pęta mi się pod nogami właśnie wtedy gdy najbardziej się spieszę lub myję podłogę. Wychodzenie na spacer o godzinie 4.45 rano, ewentualnie dla odmiany o 10.30 wieczorem też bywa upierdliwe, ale ogólnie miło czasem kogoś pogłaskać. Szkoda, że pipużki nie są takie przystępne.

Na początku był kłopot. Bo ja sobie wymyśliłom, że świeżo przybyły pisklak zamieszka wstępnie u Matki, a po kilku dniach zostanie przeniesiony do Gniazda. Akurat w pracy miałom totalne szaleństwo, a na weekend szykował mi się wyczekiwany wyjazd, tymczasem chciałom, żeby ptaszyna się już przyzwyczajała do człowieka, a nie siedziała sama w klatce. A ptaszyna się zbuntowała i nic nie brała do dzioba.

W rezultacie w sobotę po pracy, zamiast udawać się w okolice Częstochowy, udałom się do Łodzi, do weterynarza, z poskrzekującym pudełkiem do butów w roli pacjenta. Najpierw musiałom to pudełko napełnić Stefanem i zaprawdę, powiadam Wam, że było to traumatyczne przeżycie dla obojga. Dotarcie do kliniki, która znajduje się tuż przy nowopowstającym Dworcu Fabrycznym było traumą już tylko dla mnie i klęłom w żywy kamień, że nie mogłom pojechać Bzykunią.W klinice Stefan chciał pożreć chudziutkiego pana weterynarza, który stwierdził, że jak na istotę, która pości od tak dawna, to pacjent jest w świetnym stanie. Niesforny pacjent otrzymał kropelki na wzmocnienie, a ja zalecenie zbioru kupki w celu jej sprawdzenia na obecność robaków w papużce.

Oczywiście zaraz po przybyciu do Gniazda i instalacji klatki w docelowym miejscu Stefan się cudownie naprawił i rzucił na jedzenie. Co dowodzi prawdziwości tezy, że niektórych leczy już sama wizyta u specjalisty. Jednak na wszelki wypadek kropelki były podawane przez czas jakiś, a ja przystąpiłom do socjalizacji pisklaka. Akurat się zgrało z tegorocznymi letnimi upałami, dzięki którym bezproblemowo wstawałom o 6 rano i siadałom przy klatce, gadając i podsuwając przysmaki. Niestety, trzeba było chodzić czasem do pracy i oprzątać Matkę, a wtedy Stefan zostawał w towarzystwie grającego radia.

W końcu nastąpił oczekiwany przełom w naszych stosunkach, czyli pierwsze jedzenie z ręki, następnie drapanie po łebku i w końcu stawanie na dłoni. Gdyż chciałom osiągnąć to, co zaniedbaliśmy w wychowaniu reszty ptaszków, a mianowicie możliwość wsadzenia delikwenta do klatki w razie potrzeby zamiast wyczekiwania kiedy sam wejdzie i stosowania czarciej zapadki, żeby potem nie wylazł. Jak już ostrożny Stefan przekonał się, że ręka to rzecz dobra i przyjazna, to na tym ręcznym transporterze zaczął wyjeżdżać z klatki. Jako że jak każdy pisklak był zupełną porcją rosołową, to przez większość siedział grzecznie tam, gdzie go posadzono, ewentualnie odbywał dramatyczne loty dookoła pokoju, połączone z obijaniem się o co tylko się dało, bezradnym zwisaniem na zasłonce i spadaniem w różne kąty, z których był wydobywany przez kochająca mamusię.

Nie trwało to jednak długo. Stopniowo zaczęłom oswajać maleństwo z resztą mieszkania, a także z resztą mieszkańców. Sporo czasu spędzaliśmy w kuchni, gotując i sprzątając pandemonium, które się wytwarzało w trakcie tego zajęcia. Chodziliśmy też do łazienki, a w końcu całą klatką przenosiliśmy się okresowo do papuziego pokoju, którego lokatorzy centralnie olewali pojawiającą się i znikającą klatkę wraz z zawartością. W końcu jednak klatka zainstalowała się na stałe, dodatkowo zaopatrzona w werandę i balkonik, a zawartość zaczęła samorzutnie wyłazić na zewnątrz i pdejmować próby integracji, z czym bywa różnie. Ale o tym później, a na razie cykl rozwojowy Stefana w fotografiach – tytuł cyklu „Siadam na wszystkim”.

2015-08-09 09.28.11

2015-08-12 16.47.03

2015-08-15 13.45.21

2015-08-10 09.11.51

2015-08-17 10.09.06

2015-08-23 20.23.11

Photo0773

Photo0615

Zabrałom się do tego zadania metodycznie, choć początek był zgoła przypadkowy. Mianowicie miałom sen. Śniło mi się, że ktoś dał mi prezent – cudny, żywy i puszysty – oswojoną nimfę imieniem Stefan. Po przebudzeniu pomyślałom sobie, że uroczo byłoby rzeczywiście dostać taki prezent, ale w sumie jedyną osobą, którą mogłaby mi go dać jestem ja samo osobiście. Ostatecznie, skoro jestem ciężko samotne, uporczywie nikt mnie nie chce pokochać, a Matka mi się cofa w rozwoju, to może dodam kogoś do mego stada. Zatem wzięłom się do roboty i przeczesałom okolicę w poszukiwaniu nimfiego niemowlęcia, które mogłobym oswoić, bo moje dinozaury jakoś nie chcą się nieść tego roku. I tak oto rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu – właśnie skończył trzy miesiące, ma upierzenie w białe kropeczki, zawzięty wyraz dzioba i pochłania resztki mego wolnego czasu.

Tak sobie dziś stałom pod garażem wieczorową porą i słuchałom pipczenia. Coś pipczało cieniutko bardzo jakby daleko. Nie mogąc zlokalizować źródła spojrzałom w górę i oto były! Faktycznie bardzo daleko, ponieważ bardzo wysoko, krążyło stadko jerzyków, pipcząc na wyprzódki. Jeszcze kilka lat temu wcale ich nie było w mojej okolicy, a w tym roku istny wysyp. Być może mają z tym coś wspólnego małe, drewniane budki, które zawisły na szczytach bloków na całym osiedlu. Anyway, mnóstwo czarnych sierpików przecina niebo, zwinne są i bardzo akustyczne. Urocze te ptaszyny mają tak zbudowane nóżki, że w zasadzie służą im one nie do chodzenia, a jedynie do zawisania na jakimś występie skalnym lub blokowym. Ja jestem nielot, a one niechody. Ponoć nawet śpią w locie, co wcale nie jest takie dziwne, bo na przykład ja dziś wracałom z pracy na autopilocie, cicho pochrapując. Żeby spać w locie wystarczy być zatem odpowiednio zmęczonym, CBDO.

2015-05-16 17.02.022015-05-16 17.02.37

Miało być więcej pitutków:

2015-04-01 11.33.12mini

Ta obdarta tapeta w tle to też ich dzieło.

Dzisiaj do mnie przyszło. Nie mówili, ale dali mocno odczuć. ( Kazik )

11.33.13mini

Raz, Dora wkleiła w komentarze do poprzedniej notki link z tak cudną zawartością, że muszę go bardziej upublicznić. Dwa, Józef miał wczoraj imieniny. Otrzymał mnóstwo całusów w coło oraz perełki miodowe do podziału z resztą rodziny. Oraz odbył sesję ćwiczeń rozciągających. Gwoli ścisłości, rozciągałom się ja, a Józef kibicował, przemieszczając się po mych plecach.

Sprzątanie przy większej ilości puszczonego luzem ptactwa stanowczo stanowi wyzwanie. A swego czasu chciałom brodzić po kostki w przepiórkach. Teraz po przeprowadzeniu dokładnej analizy stwierdzam, że najskuteczniejszy byłby przemysłowy odkurzacz stosowany przynajmniej raz dziennie. Oczywiście równolegle z gównożem. Gównóż jest to, jak sama nazwa wskazuje, nóż służący do skrobania guano. Podobno guano świetnie się sprawdza jako nawóz pod róże. Czy ktoś z obecnych hoduje róże? W razie czego, służę.

A dziś podczas użytkowania powyższego narzędzia najszła mnie refleksja i wyobraziłom sobie, że biorę udział w programie tej blondynki z wytrzeszczem, co straszy flejtuchów białą rękawiczką. I właśnie jest już ten ostatni etap, już wszystko wysprzątane, wylizane, już cały dom lśni jak psu czoło, już przychodzi prowadząca na inspekcję. Przesuwa złowieszczo urękawiczoną dłoń po co bardziej podejrzanych zakamarkach, a tam nic. Ani molekuły kurzu. A wtedy nagle w kadrze pojawia się małe, szare piórko i wirując, w zwolnionym tempie, opada. Rzut kamery na wzmożony wytrzeszcz blondynki. Napięcie rośnie. Muzyka ze „Szczęk”. I wtedy buch! Puszek ląduje jej na głowie niczym Kamil Stoch na zeskoku.

Oscar za reżyserię i zdjęcia dla mnie. Chciałom podziękować wszystkim, którzy jeszcze nie wyszli.


  • RSS