ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Ptasiunie

A propos Józef

6 komentarzy

To ów właśnie ucina sobie drzemkę na moim rękawie i nie mogę wstać od komputera. A powinnom, bo mi się spalą brukselkowo-jaglane kotlety.

Photo0242mini

Żeby był komplet, to Patologia obgryza monitor, Puszek stoi na nim na palcach i trąbi wniebogłosy, a Okruszek przemyka się po klawiaturze i nawet udało mi się dotknąć go w ramionko. Jak ja kocham te zwierzęta…

Jest nadzieja, że w nowy rok wejdę z równie nową rurą spalinową, stalową i atestowaną. A zarazem przestanę drżeć przed przymusowym demontażem gazomierza, co mi rok w rok obiecuje Spółdzielnia Mieszkaniowa i co wreszcie stało się boleśnie realne. Do tego stopnia, że nawet wyznaczono mi termin. Nie ma bowiem lepszego bata niż wyznaczony termin. Przy okazji wychodzą zalety samodzielnego zarządzania mieszkaniem – nikt mi się nie wtrąca i nie wyjeżdża z racjonalizatorskimi, z dupy wyjętymi pomysłami. Oczywiście, w zamian wszystko muszę załatwić ja i jeszcze za to zapłacić, ale do siebie chociaż mam zaufanie. Płacę, wymagam i wuj. Choć załatwiać nienawidzę i coś czuję, że odchoruję tę rurę.

Żeby mieć jak najmniejszy dyskomfort wezwałom gazownika, którego znam od czasów wymiany kuchenki w starym mieszkaniu. Nie żebym się z nim widywało co roku, ale kilka robót jeszcze wykonywał i wiem, że to starszy pan z poczuciem humoru. Gdyby miał być młody, może do tego jeszcze przystojny, albo bez poczucia humoru, mój dyskomfort niechybnie by wzrósł. Natomiast Józef żadnego dyskomfortu nie miał, tylko spokojnie wylądował nieco zdzwionemu gazownikowi na plecach, po czym po rękawie swetra zlazł na blat, by się rozejrzeć. Bośmy siedzieli przy stole kuchennym, a jak siedzą przy stole, to może na tym stole jest coś do jedzenia. A najlepiej sól, mniam, mniam, rozsypana.

A potem ja robiłom za miarkę do rury. Bo trzeba było sprawdzić, czy jej potrzeba więcej niż 160 cm. Tylko tyle potrzebnej nam rury akurat dziś mieli w całym mieście. Jak pan gazownik zaczął szukać miarki, to zaproponowałom, żeby zdjętą rurę po prostu przymierzył do mnie, bo mam akurat tyle wzrostu. I tu się przydaje poczucie humoru. Niestety, rura wyszła na słusznego chłopa, 186 cm i muszę na nią czekać do jutra. Dziś tylko piecyk został wyczyszczony i teraz pluje wrzątkiem, co robi różnicę, bo ostatnio była ta ciepła woda akurat tak ciepła jak starej baby dupa. Jak mawiała moja Babcia Florentyna. No, i wreszcie dwa dni wolne i obydwa z rurą, wrr.

Sunny days are over

8 komentarzy

No, może jeszcze nie całkiem, ale jak już lunęło, to się można wykąpać.
100_0128mini

100_0141mini

100_0124mini
Ciekawe tylko, że gdy psikać na nie wodą ze spryskiwacza, to wieją z wrzaskiem…

Puszek mi siedzi na głowie i czyści pierze. W rytm melodii: „Każde zwierzę dba o pierze sometimes…” Znaczy się, sypie się z niego i osiada na mnie. Józef przeczesuje mi włosy za uchem a bojaźliwe banany siedzą na monitorze i się lampią. Niestety, nie ma kto tego sfocić pamiątkowo, bo samotność mą widzę ogromną, ale przysięgam, że widok jest przedni. Z tyłu zresztą też coś widać.

Tak sobie czasem siadujemy i wtedy najwięcej surfuję po necie, bo wstać i oddalić się do obowiązków płosząc towarzystwo byłoby zaiste haniebne. Zatem siedzę skacząc z www na www i dodaję nowe blogi, które zamierzam odwiedzać. Dużo z mej starej listy jest już nieczynnych – autorzy udali się na facebooka lub przepadli w realu, ale na szczęście z linka na link uzbierałom kilka nowych, ciekawych miejsc. Do zaczytania.

A raczej w ręcznik. Otóż jakiś czas temu zauważyłom w okolicy największego zagęszczenia ptasich przelotów wyraźne ślady krwi. Świeżej i lepkiej, buerk. Spojrzawszy w górę, ujrzałom podobne ślady na Okruszku, od strony kuperka. Poza tym pacjent nie zdradzał objawów choroby – podśpiewywał sobie i fruwał raźno, opryskując krwią okolicę. Jednak trzeba było sprawdzić, co się dzieje, bo tej krwi było wcale dużo jak na 100 gramów papużki.

Samodzielne próby pochwycenia stwora mijały się z celem, musiałom więc zawezwać posiłki w osobie Eskulapa, który wspiął się na stołek przy drzwiach balkonowych i tamże zaczaił z ręcznikiem w dłoniach. Ów ręcznik próbował zarzucić na Okruszka, który zwyczajowo przysiadał na grzędzie z rolety bambusowej. Nawiasem mówiąc, jest to zapewne najbardziej obesrana roleta w historii i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował jej rozwijać. Ja z kolei ustawiłom się przy drzwiach do pokoju i zawracałom stado fruwaczy, które szukało azylu na firance zasłaniającej Wężowe pudła stojące na szafie.

Biedne pipużki, nie mogąc przysiąść w bezpiecznym miejscu, wirowały pod sufitem jak skrzyżowanie motyli z helikopterami, a my na wyprzódki machaliśmy ręcznikami. Sytuacji wcale nie ułatwiał Jamnik szczekający za drzwiami. W końcu, zdeterminowane, wlazłom na drugi stołek, wychodząc z założenia, że łatwiej będzie zapolować na Okruszka na firance. I w rzeczy samej, gdy po raz kolejny na niej zawisł, ciężko już dysząc z wyczerpania, przycisnęłom go ręcznikiem do pudełek i już był złapany.

Wrzask się podniósł okrutny! Uwięziony w ręczniku Okruch próbował ugryźć cokolwiek w zasięgu dzioba, a łebek mu się obracał o 360 stopni. Z braku palców, które skrzętnie chowaliśmy przed dziobem o dużym zasięgu, zaczął gryźć własne skrzydło i trzeba mu było zrobić kapturek z ręcznika, żeby się uspokoił. Następnie został odwrócony spodem do góry i pan doktor, co prawda nie weterynarz, ale zawsze, uważnie obejrzał mu podwozie. Nieszczęsny Okruszek, bezceremonialnie obmacywany, syczał jak pierzasty wąż i swymi różowymi stópkami zawzięcie pedałował, próbując odepchnąć napastnika.

Ku mej wielkiej uldze nie był to żaden krwotok wewnętrzny, ale najprawdopodobniej złamane rosnące pióro. W czasie oględzin nic już nie krwawiło i tylko po zabrudzonych piórkach widać było, że coś się działo. Wypuszczony Okruch, zmięty i spocony, nakichał na nas z półki, na którą uciekł, a potem się ugrubił i odpoczywał. Natomiast Eskulapowi tak się spodobało, że teraz przy każdej okazji pyta, czy robimy przegląd papużkom. Nie zdaje sobie sprawy, że Józef przegryzłby się przez ręcznik i go dopadł, a Patusia zakichałabyy go na śmierć!

 

Najpierw było tak:

 

Potem zrobiło się tak:

 

I całkiem nagle tak:

 

A z tego tak:

 

I w końcu jest tak:

 

Ja na fotelu, z talerzem w dłoni. Jeden pipug na ramieniu, je z talerza. Drugi pipug na talerzu, je sobie spod nogi. Trzeci pipug na oparciu fotela, patrzy, co jedzą. Czwarty pipug na mojej głowie, ma szeroki ogląd rzeczywistości. Sielanka.

 


  • RSS