ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Ręcznie

Zalane w trupa

22 komentarzy

Nie, nie wpadłom w szpony nałogu. Chyba mi to nie grozi, prędzej zemrę na galopujące zatwardzenie z powodu spożywania nadmiernej ilości czekolady. Natomiast starożytna rura odpływowa w kuchni wybrała sobie zeszły tydzień na dokonanie rozpadu i to w momencie, gdy pralka była na chodzie. O czym mnie oczywiście nie uprzedziła i gdy poszłom wyjąć pranie, to spod paneli wytrysnęły efektowne fontanny. W tym samym momencie do drzwi zadzwoniła sąsiadka z dołu z informacją, że u niej cieknie. Poinformowane dwustronnie rzuciłom się na połów wody, w którym to celu musiałom zerwać 3/4 podłogi, a niegrzeczna ciecz wyłaziła jeszcze spod szafek. Skakałom z mopem, w podwiniętych gaciach, gdy znów zadzwoniła sąsiadka.

- Po ścianie mi cieknie! Jak moja kuchnia wygląda! – jęczała.
- A chce pani zobaczyć, jak moja kuchnia wygląda? – spytałom nieżyczliwie – Opanowuję sytuację. Mam tę wodę wypić, czy jak?

I zamknęłom jej drzwi przed nosem. No, nie trafiła w mój dobry moment.

Zadzwoniłom po Eskulapa, żeby mi pomógł wyciągnąć szafki. Nie, żebym ich samo nie mogło wyciągnąć, ale przecież obraziłby się śmiertelnie, gdybym go nie poprosiło o pomoc. Przyjechał i stwierdził, że wywalamy je od razu na śmietnik, bo i tak trzeba kupić nowe. To samo z żeliwnym zlewem, pod którym szafka się rozpadła i pieprznął na podłogę, niefortunnie się obijając. Ponieważ w obliczu ukochanego bywam mało asertywne, to się zgodziłom i powynosiliśmy. Mój przyjaciel zlew zniknął w ciągu kwadransa, szafki potrzebowały całej nocy, żeby się zdematerializować. A ja zostałom bez kuchni.

I tak sobie bez kuchni trwam i jeszcze potrwam. Jak tylko miałom chwilę, to udałom się do Liroya i położonej obok IKEI w celu rekonesansu kuchennomeblowego i po powrocie pogrążyłom się w rozpaczy. Noż, nic mi się nie podoba. Albo inaczej, wszystko mi się podoba, tylko nie do mojej kuchni. Wszystko jest takie NOWE i porządne, a ja całe życie miałom szmaciarskie meble i wśród takich dobrze się czuję. Tak, to jest okazja na porządny remont i urządzenie funkcjonalnej kuchni, ale ja jeszcze nie skończyłom pokoju i łazienki, a i tak mi doszło Matki mieszkanie do posprzątania i sprzedania. Planowanie kuchni mnie przerasta, a nie wstawię byle czego, bo znając życie, tak mi zostanie na zawsze. Przepłakawszy na ten temat cały dzień postanowiłom, że odpuszczam. Przewlokłom do kuchni wielki blat z kącika informatycznego Węża, przesunęłom pralkę pod kran, jedyną ocalałą szafeczkę w drugi koniec i na nich go oparłom. Takiego szerokiego blatu to nigdy nie miałom! Pod kranem siedzi miska, a na większe zmywanie się chodzi do łazienki. Pod blatem siedzą kartony na garnki i inne krupy, i przywiozłom też z Matki mieszkania małą, piękną etażerkę, która stała kiedyś w moim pokoju. Co trochę coś przestawiam, weryfikuję stan posiadania, ale na razie jest dobrze. Odetchnęłom.

Skrada się cicho wśród cieni,
Chyłkiem, ukradkiem przemyka
Pod osłoną nocy
Wyrywa lebiodę z trawnika.

Była to wizja, która nawiedzała mnie w zasadzie od początku mego przemieszczania się samocHondem, czyli od lat już ponad dwóch. Jak ten, czas leci, nawiasem mówiąc. Wydaje się, że dopiero co przygrzałom w garaż, a tu już dwa lata. Muszę z tej okazji nabyć coś musującego drogą kupna. Ale wracając do meritum, czyli wizji, była to wizja wypalonej żarówki. Pojazd mój śliczny, mechaniczny, ma tych żarówek całkiem spore ilości i kwestią czasu było wypalenie się którejś z nich. No i wreszcie się stało. Przedni lewy reflektor powiedział „pas”. A ja powiedziałom „góralu, czy ci nie żal” i kupiłom w BDS zastępstwo z zamiarem natychmiastowej wymiany na BDSowym parkingu.

Jak się okazało, nie było to wcale tak hop-siup. Przypomniawszy sobie mniej więcej budowę reflektora, usiłowałom wygrzebać zeń żarówkę, wypinajac się uroczo na parking.

- A co ty tam tak grzebiesz? – zagaiła koleżanka kasjerka zmierzająca do swego Tico.
- Wymieniam żarówkę! – odwrzasnęłom spod maski zgodnie z prawdą, choć kusiło mnie, żeby zeznać, że łowię ryby.
- To chłopa Ci potrzeba! – doradziła koleżanka atawistycznie.
- Na co mi chłop? Instrukcji mi potrzeba! – odrzekłom nadal zgodnie z prawdą, po czym z kolei ja powiedziałom „pas” i pojechałom nach hause o jednym oku.

Jak się okazało następnego dnia przed południem nie było mi trzeba ani instrukcji, ani tym bardziej chłopa, tylko dziennego światła i odrobiny zdrowego rozsądku. Już się cieszę na następne żarówki, bo statystycznie koniec ich jest bliski.

Sprzątanie przy większej ilości puszczonego luzem ptactwa stanowczo stanowi wyzwanie. A swego czasu chciałom brodzić po kostki w przepiórkach. Teraz po przeprowadzeniu dokładnej analizy stwierdzam, że najskuteczniejszy byłby przemysłowy odkurzacz stosowany przynajmniej raz dziennie. Oczywiście równolegle z gównożem. Gównóż jest to, jak sama nazwa wskazuje, nóż służący do skrobania guano. Podobno guano świetnie się sprawdza jako nawóz pod róże. Czy ktoś z obecnych hoduje róże? W razie czego, służę.

A dziś podczas użytkowania powyższego narzędzia najszła mnie refleksja i wyobraziłom sobie, że biorę udział w programie tej blondynki z wytrzeszczem, co straszy flejtuchów białą rękawiczką. I właśnie jest już ten ostatni etap, już wszystko wysprzątane, wylizane, już cały dom lśni jak psu czoło, już przychodzi prowadząca na inspekcję. Przesuwa złowieszczo urękawiczoną dłoń po co bardziej podejrzanych zakamarkach, a tam nic. Ani molekuły kurzu. A wtedy nagle w kadrze pojawia się małe, szare piórko i wirując, w zwolnionym tempie, opada. Rzut kamery na wzmożony wytrzeszcz blondynki. Napięcie rośnie. Muzyka ze „Szczęk”. I wtedy buch! Puszek ląduje jej na głowie niczym Kamil Stoch na zeskoku.

Oscar za reżyserię i zdjęcia dla mnie. Chciałom podziękować wszystkim, którzy jeszcze nie wyszli.

Siedzę na kupie bambetli i wpatruję się w moją szafę. Żegnam się z nią, niekoniecznie czule. Wprawdzie zżyłyśmy się przez te pietnaście lat, ale jednak rupiecia nie polubiłom. Nieustawne bydlę, teoretycznie miejsca w środku dużo, ale w praktyce niełatwo nad nim zapanować. Bambetle wygarnięte, zaraz nastąpi rozkład i wyniesienie. Potem pomalowanie tego kąta i przez chwilę wielkie nic, bo zastępstwo kupię pewnie dopiero w marcu. I znów miesiąc życia w bajzlu, z kolejną kupą książek wywleczonych z bardzo głębokiej półki, ostatniego bastionu nieszczęsnej szafy.

Owa półka, naprawdę bardzo głęboka, z racji niedogodnego położenia zawierała książki bardziej pamiątkowe niż potrzebne, czy też upiększające pokój atrakcyjnym grzbietami. Na przykład wszystkie starożytne Siesickie i Snopkiewiczowe, które mój Ojciec kupował jeszcze w stanie kawalerskim dla córki, którą planował mieć. Niestety, nie trafiła mu się stuprocentowa dziewczynka, ale chociaż straszny czytok, który te książki docenił. Bo to bardzo porządna literatura i zapewne za chwilę wszystkie po raz osiemnasty przeczytam.

Wygarnęłom też nieco klasyki, opowiadania Faulknera, serię z Nike, starożytne „Serce” Amicisa zaczytane tak, że wymagało ingerencji introligatora, mały słownik rosyjsko-arabski oraz dwie pozycje, które zdecydowanie miały wpływ na moje życie.
2015-02-06 14.47.08mini
Na okładce myszka Pik, która przeżywa niezykłe przygody. Z tej książki dowiedziałom się, że nie można zawijać się na mrozie w świeżo zdartą skórę z niedźwiedzia futrem do wewnątrz. A także, że kuropatwy uciekając w zboże formują się w buteleczki na nóżkach. Urocza lektura, której skutkiem ubocznym jest ukochanie każdego kawałka przyrody.

A ta książka w zasadzie wpłynęła na mnie negatywnie.

2015-02-06 14.45.51miniA zwłaszcza to zdjęcie:

2015-02-06 14.47.47mini

Na którym Marian Glinka udaje oszczepnika. Nie wiem, co na to Poliklet, ale dla mnie Marian zgarnia całą stawkę i będzie żył wiecznie. Niestety, jego wspaniała sylwetka, wespół ze zdjęciami rzeźb greckich bogów zdobiącymi moje wydanie „Mitów Greckich” wywołała we mnie nieustający brak zadowolenia z własnego ciała. Oraz spowodowała próby samodzielnego jego wyrzeźbienia, co się jednakowoż nie udało. No i skoro nie wyglądam jak pan Marian, albo chociaż Artemida dłuta Leocharesa, to wolę wcale nie wyglądać. Choć gdyby ktoś mnie obrał z tkanki tłuszczowej i zostawił mieśnie, to kto wie.

Jakoś tak mnie wzięło i tworzę całkiem zbędną dzianinę. Przy okazji zrobiłom Eskulapowi czapkę cudnej urody – jak się widzimy, to zakłada, ale czy na codzień, nie mam danych. Oczywiście dzieję całkiem z głowy, bo dla mnie trzymanie się wzoru jest jak przejście przez Morze Czerwone. Z bożą pomocą ewentualnie, ale ja niewierzące, więc nijak mi prosić. A do zwijania tworzywa na kłębuszki używam Matki. Jeśli ktoś ma włóczkę do zwinięcia, to niech daje. Niech starsza pani ma zajęcie, bo już się moje surowce kończą.

Dziewanna mnie wymęczyła potwornie, bo praktycznie przez tydzień nie mogłom jeść ani pić więcej niż dwa łyki na raz. A że równocześnie miałom gorączkę i ogólne wkościachłamanie, to musiałom je przetrwać, że tak powiem, na sucho, bo nie szło wziąć lekarstwa. Dobrze, że były święta rozmaite i do pracy tylko dwa razy się wlokłom. Dobrze też, że nie świętuję i mogłom się spokojnie całe dnie barłożyć. Normalnie, same plusy. I tak mi to barłożenie zostało. Najchętniej bym czas wolny spędzało na półleżąco, z robótką i termosem herbatki ze świnki morskiej. Ewentualnie bez robótki, ale z jakąś książczyną. I termosem. Nawet do pracy chodzę z termosem, ku uciesze otoczenia. Ale powoli wracam do normy. Bardzo powoli.

Wszyscy wszędzie teraz chcą pomagać innym. Taki czas. Mnie się teraz trochę lepiej powodzi niż parę lat temu, więc też się dorzucam to tu, to tam. Kupiłom kalendarz, zalicytowałom kilka drobiazgów, które z kolei prześlę ludziom, którzy z radością drobiazgi przyjmą. Eskulap też zrobił aukcję dla potrzebujących jamników, a ja dołożyłom kilka swoich skrzydłodzieł, które mi się nie sprzedały w biżutowym sklepiku, ale teraz też nikt ich nie licytuje. Nie mają szczęścia w życiu, podobnie jak ich producentka. Ale jeśli zaglądają tu fejsbukowcy chcący wspomóc jamniki, to może zajrzą i wybiorą jakiś prezencik

Zainteresowałom się też Szlachetną Paczką, ponieważ moje miejsce pracy w tym roku wspiera tę ideę. I przypomniało mi się, czemu jakiś czas temu przestałom się interesować. Jakkolwiek dobrze mi się powodzi i mogę komuś ufundować nocną lampkę oraz oddać kiedyś wymarzone Scrabble, w które nie gram, to nie mam tyle zasobów, by kupić pralkę, mikrofalówkę, czy opał na zimę. A tu wszystko, albo nic. Może daleko mi jeszcze do tej pani, która zjebała nas dowiedziawszy się, że wsparcie BDS nie polega na tym, że rozdajemy listę zakupów, które ona potem zostawi w punkcie za kasami. Ona nie ma czasu na takie pierdoły, żeby wchodzić na stronę internetową i się zastanawiać. Ja za to nie jestem w stanie skrzyknąć grupy, która zgromadzi dla wybranej rodziny to wszystko, czego potrzebują. Trzeba działać inaczej.

Powiedział Ptak gipsując dziury w ścianie. A dziury powstały po zdjęciu półek, z którymi się rozstaję po większej ilości lat. Zamierzam kupować pół mebla na miesiąc i żyć pół roku na walizkach, ale w końcu książki nie będą mi się kurzyć i nie trzeba będzie z nich spędzać smoków, co mają z przodu niszczycielski dziób, a z tyłu nie mniej niszczycielską kloakę. Ale najpierw zrobię sobie kawałek pokoju na szaro. A resztę jak przesunę meble na tę stronę pomalowaną, co nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Ogórken machen

3 komentarzy

Ponieważ w obecnych czasach nawet kiszonym ogórkom nie można zaufać ( uf, uf ) i nie wiada, czy ktoś im nie przyspieszył procesu octem, to postanowiłom zasłoikować nieco własnych. Znalazłom trzy różne sposoby i zamierzam wszystkie wypróbować oraz zrobić notatki. Skutkiem czego wczoraj do północy pakowałom  w słoje nieco oporne zielone istoty, które teraz mają mocne parcie na szkło, a ja nieco podpieram się dziobem. Bo oczywiście ogórki nie były jedyną częścią rzeczywistości, z jaką się zmagałom. Od razu informuję, że nagrodowe ciasteczka nie wyszły i chyba nawet pies ich nie zechce powąchać. Ale mam innego pomysła, który na pewno będzie jadalny.

W ogóle dawno się tak nie zmęczyłom jak na tym urlopie. Kompletnie straciłom umiejętność wypoczywania we własnych pieleszach. Gdy tylko próbuję się ugrubić z jakąś lekturą albo rysunkiem, to natychmiast poczucie obowiązku zaczyna mnie ciągnąć za nogę i ze zdwojoną ostrością widzę kurz na meblach. Dlatego odpoczywać jeżdżę do Eskulapa, choć i tam gotuję, a potem trzeba mnie wyganiać z kuchni i przygniatać kolanem, żebym nie zaczęło zmywać. Ale całego urlopu wszak tam nie mogę spędzić. Do tego nieustająco piękna pogoda też wpędza mnie w poczucie winy i każe wychodzić już to na trening, już to wyprowadzić Matkę na spacer.

Inna sprawa, że nie jestem systematyczne, nie potrafię zaplanować sobie zajęć, co trochę coś mnie odrywa, albo nad czymś się zawieszam. Czas przecieka mi przez palce. I to stwierdziwszy daję sobie kopa pod ogon i idę oddać się dekuparzowi, czyli usuwaniu ptasich wydalin z otoczenia. Nie mylić z odkurzaniem, czyli usuwaniem kur z tegoż otoczenia.

List z pola boju

9 komentarzy

Pierwsza sprawa – wyniesienie kuchennych książek do pokoju pełnego pipużek nie było dobrym pomysłem. Literatura, choć kuchenna, natychmiast została obsiądnięta przez czwórkę ciekawskich dziobów i zanim się spostrzegłom, poogryzana tu i ówdzie.

Druga sprawa – mam naprawdę dużą lodówkę, co się zwłaszcza rzuca w oczy, kiedy stoi ona na środku kuchni. A co za nią było nagromadzone, to ho, ho! Ho, ho, ho! I jeszcze raz, ho, ho, ho! Trudno się dziwić, że zatkała się rura od odkurzacza.

Trzecia sprawa – nigdy nie jedz żółtego śniegu, tfu, nigdy nie rozpuszczaj mydła malarskiego w zimnej wodzie. Ja w przypływie pośpiechu tak uczyniłom nim spojrzałom na instrukcję i obawiam się, że świt zastanie mnie nad wiaderkiem w pozycji mieszającej, a wydobywać się ze mnie będzie odgłos długi i przeciągły, dziwnie przypominający wycie.

Czwarta sprawa – no, jak mi się nie chce, to się słowamy nie da powiedzieć. Ja mam urlop! Chce leżeć do góry wolem! Ewentualnie jeździć na rowerze niekoniecznie po żółtą farbę.


  • RSS