ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Swołocz

Jest nadzieja, że w nowy rok wejdę z równie nową rurą spalinową, stalową i atestowaną. A zarazem przestanę drżeć przed przymusowym demontażem gazomierza, co mi rok w rok obiecuje Spółdzielnia Mieszkaniowa i co wreszcie stało się boleśnie realne. Do tego stopnia, że nawet wyznaczono mi termin. Nie ma bowiem lepszego bata niż wyznaczony termin. Przy okazji wychodzą zalety samodzielnego zarządzania mieszkaniem – nikt mi się nie wtrąca i nie wyjeżdża z racjonalizatorskimi, z dupy wyjętymi pomysłami. Oczywiście, w zamian wszystko muszę załatwić ja i jeszcze za to zapłacić, ale do siebie chociaż mam zaufanie. Płacę, wymagam i wuj. Choć załatwiać nienawidzę i coś czuję, że odchoruję tę rurę.

Żeby mieć jak najmniejszy dyskomfort wezwałom gazownika, którego znam od czasów wymiany kuchenki w starym mieszkaniu. Nie żebym się z nim widywało co roku, ale kilka robót jeszcze wykonywał i wiem, że to starszy pan z poczuciem humoru. Gdyby miał być młody, może do tego jeszcze przystojny, albo bez poczucia humoru, mój dyskomfort niechybnie by wzrósł. Natomiast Józef żadnego dyskomfortu nie miał, tylko spokojnie wylądował nieco zdzwionemu gazownikowi na plecach, po czym po rękawie swetra zlazł na blat, by się rozejrzeć. Bośmy siedzieli przy stole kuchennym, a jak siedzą przy stole, to może na tym stole jest coś do jedzenia. A najlepiej sól, mniam, mniam, rozsypana.

A potem ja robiłom za miarkę do rury. Bo trzeba było sprawdzić, czy jej potrzeba więcej niż 160 cm. Tylko tyle potrzebnej nam rury akurat dziś mieli w całym mieście. Jak pan gazownik zaczął szukać miarki, to zaproponowałom, żeby zdjętą rurę po prostu przymierzył do mnie, bo mam akurat tyle wzrostu. I tu się przydaje poczucie humoru. Niestety, rura wyszła na słusznego chłopa, 186 cm i muszę na nią czekać do jutra. Dziś tylko piecyk został wyczyszczony i teraz pluje wrzątkiem, co robi różnicę, bo ostatnio była ta ciepła woda akurat tak ciepła jak starej baby dupa. Jak mawiała moja Babcia Florentyna. No, i wreszcie dwa dni wolne i obydwa z rurą, wrr.

Wszyscy wszędzie teraz chcą pomagać innym. Taki czas. Mnie się teraz trochę lepiej powodzi niż parę lat temu, więc też się dorzucam to tu, to tam. Kupiłom kalendarz, zalicytowałom kilka drobiazgów, które z kolei prześlę ludziom, którzy z radością drobiazgi przyjmą. Eskulap też zrobił aukcję dla potrzebujących jamników, a ja dołożyłom kilka swoich skrzydłodzieł, które mi się nie sprzedały w biżutowym sklepiku, ale teraz też nikt ich nie licytuje. Nie mają szczęścia w życiu, podobnie jak ich producentka. Ale jeśli zaglądają tu fejsbukowcy chcący wspomóc jamniki, to może zajrzą i wybiorą jakiś prezencik

Zainteresowałom się też Szlachetną Paczką, ponieważ moje miejsce pracy w tym roku wspiera tę ideę. I przypomniało mi się, czemu jakiś czas temu przestałom się interesować. Jakkolwiek dobrze mi się powodzi i mogę komuś ufundować nocną lampkę oraz oddać kiedyś wymarzone Scrabble, w które nie gram, to nie mam tyle zasobów, by kupić pralkę, mikrofalówkę, czy opał na zimę. A tu wszystko, albo nic. Może daleko mi jeszcze do tej pani, która zjebała nas dowiedziawszy się, że wsparcie BDS nie polega na tym, że rozdajemy listę zakupów, które ona potem zostawi w punkcie za kasami. Ona nie ma czasu na takie pierdoły, żeby wchodzić na stronę internetową i się zastanawiać. Ja za to nie jestem w stanie skrzyknąć grupy, która zgromadzi dla wybranej rodziny to wszystko, czego potrzebują. Trzeba działać inaczej.

To ja w mym miejscu pracy ostatnimi czasy. Słodycze, wszędzie słodycze. Najgorzej, że w szafce tuż za mną, pozostałe po degustacji. U nas mały ruch w interesie, to zawsze po degustacjach zostają tony i hektolitry, a przecież nie będziemy wyrzucać. Wynieść i rozdać ubogim nie lzja. To zjadamy. I rośniemy wszerz. A zwłaszcza ja rosnę i rosnę. I niedługo przerosnę, a raczej przyrosnę tak, że trzeba mnie będzie przepychać bokiem przez drzwi. Ratuje mnie tylko zdrowa dieta skadinąd oraz codzienne treningi.

Najprościej nie jeść, ale nazywam się Dodo i jestem uzależnione od słodyczy. W Gnieździe ich nie trzymam i podziwiam Eskulapa, który w barku oprócz procentów hoduje też czekolady i ciasteczka gościowe. Czasem coś skubnie z tych zasobów, ale gdybym ja miało w szafce ptasie, nomen omen, mleczko, to za chwilę bym go nie miało, bo bym się na nie nawlokło. Jak foczka na rybę, if you know what I mean. Nie kupuję, omijam i apage. Ale w pracy one za mną leżą! Siedzą! Stoją! Wczoraj złapałom się na tym, że w wolnej chwili po prostu włażę do szafki i, pardon my French, wpierdalam.

Za to dziś dałom odpór. Przywlokłom termos czerwonej herbaty i piłom, kiedy zbytnio zbliżałom się do szafki. Przetrwałom. Ale jutro urządzam Matce imieniny i będzie ciasto. Arrgha. A pojutrze znów do pracy i one znów tam będą! W szafce za plecami. Ukryte, ale dostępne. Podstępne. Kosmosie, daj mi siłę, bo zad swój widzę ogromny!

I nie jest to niestety żaden przystojny brunet, ani choćby niewyględny blondyn, ale miejscowy Urząd Skarbowy. Znaczy się, Wąż alias Oszust Podatkowy się doigrał i nie wiem, czy przypadkiem nie doigrał także mnie. Mam takie dziwne wrażenie, że szlag mnie zaraz trafi.

Wydepilowałom nogi. Już wiem, czemu drób się zabija przed skubaniem pierza. Żeby nie cierpiał.

Moja Matka zamieniła się w wielką jamę chłonąco-trawiącą. Zaczynam tęsknić do czasów, kiedy niedomagała na przewód pokarmowy i w zaprzyjaźnionej aptece na hasło „Ja po cukierki dla mamusi” panie podawały Raphacholin i Espumisan. Tymczasem na mej diecie naturalnej przeszło jej jak ręką odjął i nic, tylko by  żarła. No, bo jej tak smakuje. No i z nudów trochę też, bo siedzi w chałupie, nic nie robi, to i by coś zjadła. Taki paradoks, bo jak człowiek zapiernicza jak mały parowóz i nie wie, w co najpierw ręce włożyć, to nawet o jedzeniu nie myśli, choć właśnie przydałoby się zjeść coś posilnego. A ja nawet nie mogę powiedzieć „A niech żre na zdrowie”, bo nie nadążam gotować. A poza tym, muszę pilnować, żeby się nie upasła, bo kto ją potem będzie dźwigał? Ja przecież. A ja wprawdzie jestem mocno silne jak na takiego kurdupla, ale jakby też nie młodnieję, a mnie to już nie będzie miał kto dźwigać.

Już w poniedziałek była awanturra na ten temat, bo Matka przez dwa dni wciągnęła obiady przewidziane na trzy dni, a potem szlochała mi w słuchawkę, że nie ma co jeść. „To ugotuj sobie ten kawał kalafiora, co siedzi w lodówce” zaproponowałom brutalnie, bo będąc w pracy, zwłaszcza położonej 10 kilometrów od jaskini Matki kiepsko się widziałom przy garach. „Ale ja nie dam rady” zawyła Matka telefonicznie. Równie telefonicznie powiedziałom jej, gdzie wobec tego ma mnie pocałować i rozłączyłom się. Awanturra była nawet mniej o to, że pożarła, ale że mi nie powiedziała o tym wtedy, kiedy byłom w stanie dostarczyć karmę.

A dziś przed południem popędziłom odebrać Hondziochód z warsztatu, dotarłom do Matki po drodze robiąc zakupy, chwilę poczytałom na głos jako czasomumilacz, przygotowałom obiadowe buraczki i popędziłom dla odmiany na cmentarz, żeby część obowiązkowej szopki mieć z głowy. Po powrocie zamierzałom ugotować kaszę, podgrzać sos paprykowy, który czekał w matczynej lodówce od przedwczoraj, zjeść wspólnie obiad i wrócić do Gniazda. Gnając z cmentarza zrobiłom kolejne zakupy, wpadłom do mieszkania, z szybkością błyskawicy wsypałom kaszę na wrzątek, wyciągnęłom talerze i sięgnęłom po rondelek z sosem. Którego było w rondelku na oko pół łyżki. Resztę Matka jakoś tak, jak sama to ujęła, zjadła zanim po przedwczorajszym obiedzie schowała naczynie do lodówki.

Owszem, eksplodowałom. Owszem, wyrzuciłom z siebie wiele słów powszechnie uznanych za obelżywe. Owszem, powiedziałom Matce, że jest żarłoczną egoistką, która ma w dupie moją pracę. Nie mam poczucia winy. Cieszę się tylko, że niczym nie jebnęłom w podłogę. Ale ta sytuacja nieco mnie przerasta i nie bardzo wiem, co robić. Nie jestem w stanie codziennie dostarczać Matce jednej porcji obiadu i jednej porcji kolacji. Zonk.

Popełniłom wczoraj błąd, a nawet wielbłąd, bo skusiłom się na posiłek na zakładowej stołówce, zapominając, że potrafią tam nawet gotowane ziemniaki uczynić mało jadalnymi. Stołuję się tam czasem z wrodzonego lenistwa i czasami zjadam wspomniane ziemniaki z surówką. Jak ktoś wtedy wchodzi i życzy mi smacznego, to odpowiadam, że się staram. W piątki bywa miło, bo jest dość jadalna ryba, niestety w grubej panierce i całkiem smaczna surówka z kiszonej kapusty. Pojawiają się naprawdę dobre pulpety rybne oraz warzywne kotlety, ale tak jakoś raz na miesiąc. Do kaszy gryczanej nie sięgam pamięcią, a jęczmienna występuje w postaci niesłonej papki. Ryż jest tylko parboiled, czyli jak mawia lud, paraboliczny i często jest naprawdę tylko parboiled, a tak naprawdę nie boiled, czyli strasznie twardy. Wiem, ryż powinien być al dente, ale może nie tak, żeby dentysta miał potem robotę. Surówka z marchwi pojawia się albo jako suche wióry marchwiane bez omasty, albo dla odmiany w zalewie śmietanowo-chrzanowej. Buraczki na zimno są przyrządzane z dodatkiem cebuli, co samo w sobie nie jest grzechem, ale owa cebula jest krojona tak drobno jak paznokieć u wielkiego palca. Proponowałom już, żeby ją może wrzucali w połówkach. Efekt smakowy będzie podobny, a łatwiej wyciągnąć.

Zupy to z kolei całe morze Maggi. Nawet zupa rybna, skądinąd pełna smakowitych kawałków łososia, okazała się w smaku słono-gorzka od nadmiaru tej przyprawy. Raz była jadalna szczawiowa, która była kwaśna. Może twórca zaakceptował tę kwaśność i nie starał się jej zamaskować. Niestety, po jednej łyżce wczorajszej „pomidorowej” poczułom, że zaraz mi język spuchnie i poprosiłom o dolanie mleka. Żadna ze mnie Magda Gessler, lubię kuchnię prostą, mogą być te ziemniaki z surówką, kasza z jarzynką, zwykła zupa, ale na Gacie Wszystkich Świętych, trochę szacunku dla produktów i dla konsumentów. Rzekomej pomidorowej, o kolorze ścierki po wycieraniu soku z pomidora, zalanej w trupa Maggi, mówimy stanowcze nie.

Najpierw te nieszczęsne poznańskie osiołki, nie mylić ze słowikami. Rzuciło mi się w oko na Fochu, zaśmiałom się po przeczytaniu błyskotliwych komentarzy i przeszłom do porządku dziennego dyskretnie pukając się w czoło. Ale za kilka godzin już mi mniej było do śmiechu, gdy przeczytałom, że interwencja radnej była tak skuteczna, że nieszczęsne zwierzęta rozdzielono siatką, żeby nie mogły więcej gorszyć małoletnich. Mam nadzieję, że obejmujący niedługo stanowisko nowy dyrektor ZOO położy kres temu idiotyzmowi. Swoją szosą, jeśli radni PiS są równie sprawczy w każdym mieście, to chyba wybiorę się do lokalnego w sprawie wpychania mi ulotek do skrzynki pocztowej. Jednakże moja wiara w zdrowy rozsądek Poznaniaków została poważnie nadszarpnięta.

Następnie przyszła kolej na wiarę w uczciwość ludzką. Nie, żebym było jakoś szczególnie w tej wierze umocnione, ale bezpośrednie zetknięcie z brakiem uczciwości smaga jak biczem. Otóż naprzeciwko bloku Matki od niedawna funkcjonuje malutki lecz prężny warzywniak. Właścicielami i sprzedawcami w jednym są bardzo sympatyczni młodzi ludzie, którzy naprawdę się starają, zatem jestem tam stałym i regularnym klientem, i życzę im jak pan Spock „Live long and prosper”. No i dziś się dowiedziałom, że właśnie ktoś im zgarnął wszystkie pięciozłotówki z kasety na bilon, której właściciel nie schował kiedy na dwie minuty wybiegł do samochodu. Na pewno nie był to majątek, ale liczy się fakt. Bo to jest taki sklep, gdzie towar stoi na chodniku, a klient jak chce, to bierze siatę i sobie nabiera, więc tam wierzą w ludzką uczciwość. A to na pewno zrobił ktoś, kto normalnie przychodzi tam na zakupy, a nie jakiś przechodzień. Oby trąba jego słonia natrafiła na kaktusy.

A ostatni cios zadała mi osobista Matka, choć i ja nie jestem bez winy ( ale i tak to wszystko wina Tuska ). Wczoraj ktoś zadzwonił na stacjonarny, podobno konsultant z PGE, które nam prąd dostarcza. Nie wiem o co chodziło, bo z Matką gadał, a ja jakoś zapomniałom, że należałoby jej wyrwać słuchawkę i przejąć kontrolę nad resztą wydarzeń. Słuchawkę i tak otrzymałom, bo domniemany konsultant poprosił o numer faktury z kwitu rozliczeniowego i musiałom wystąpić w roli oczu. Przy okazji zapytał, czy nie mogliby wysyłać rozliczeń drogą elektroniczną, na co chętnie przystałom, bo szkoda papieru. W związku z tą dyspozycją miał dziś do Matki przybyć pracownik i wziąć podpis. To mi się wydało jakieś podejrzane, poprosiłom więc Matkę, żeby była ostrożna i nie podpisała przypadkiem jakiejś zmiany taryfy. Ma wyrazić zgodę na e-fakturę i wsio.

I oczywiście, co ujrzały me średniej urody oczy natychmiast po wejściu w centrum stołu? Umowę z firmą Tauron Grupa Energetyczna na dostarczanie energii elektrycznej. Przyznaję, że opitoliłom Matkę na czym świat stoi, a ona broniła się słabo, że tak jej podsunął tę umowę ten pracownik, więc podpisała. Nie wiem, kurka siwa, przez grzeczność? Żeby mu zawodu nie robić? Skoro już się pofatygował, żeby nie odszedł z niczym? A jakby to był Mefisto z cyrografem, to też by podpisała? No, to teraz mamy 10 dni na wypowiedzenie umowy, a ja niniejszym obwieszczam światu, że Tauron Grupa Energetyczna to wieprze dzikie i szczecińiaste, co przestępczo wprowadzają w błąd staruszków i choćby ich oferta była najlepsza na świecie, to niech ją sobie wsadzą tak głęboko, że w celu iżby wyjąć konieczna będzie trepanacja czaszki. No, i żeby oparszywieli, rzecz jasna.

A na zamknięcie dnia ciśnienie podniosła mi dziewoja pedałujaca po zmroku na rowerze równie oświetlonym jak sala kinowa po seansie. Zaprawdę, miałom ochotę zawrócić i wjechać jej w tyłek. Powstrzymał mnie tylko fakt, że samo jechałom rowerem. Oświetlonym jak łódzka Katedra.


  • RSS