ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Wpisy w kategorii: Za kierownicą

Nadszedł czas zepsucia. I wcale nie chodzi mi o to, że pogoda się jakby zjebawszy, tylko Hondzia Civikowa od dwóch tygodni jest w szpitalu. Rokowania są takie sobie, zaś ja przesiadłom się na Bzykunię. Ponieważ, jak już wspominałom, pogoda się zjebawszy, to najpierw jeździłom jako topielec, obficie podlewany górą i dołem. Teraz jeżdżę jako żagiel, bo wiatr jest taki, że mnie wydyma zawsze w którąś stronę. Dawno mnie nikt nie wydymał, kilka lat już będzie, więc w sumie może powinnom się cieszyć. Gorzej, że okresowo próbuje mi również wywiać Bzykę spod zadka, a to już grozi śmiercią lub kalectwem. A jeszcze gorzej, że Bzyka się buntuje. Jak twierdzi Eskulap, chce mi uzmysłowić, że nie podpisywała umowy o pracę w trudnych warunkach. Ja sobie w ogóle nie przypominam, żebyśmy coś podpisywały i myślałom, że nasz związek oparty jest na wzajemnym szacunku i zaufaniu, więc tym bardziej czuję się nieco zawiedzione, gdy ktoś mi nagle gaśnie w strugach deszczu w pół drogi do jakiegokolwiek sensownego miejsca, lub gdy o 5 rano prezentuje spektakularnego flaka na tylnym kole.

Najgorsza w tej całej imprezie jest jednak ilość czasu, jaką jesienny skuterzysta musi poświęcić na przygotowanie do jazdy, by w jej trakcie nie zamarznąć, ani się nie utopić. Do samochodu wybiega się w fikotku* i co najwyżej włącza ogrzewanie. Do skuterkowania trzeba oblec jedną warstwę, drugą warstwę, … siódmą warstwę i jeszcze warstwę ochronną. I tak na kilku częściach ciała. W robocie trzeba je zeblec i tak da capo. Aż radośnie na duchu, że do roboty to się jednak na co najmniej osiem godzin przyjeżdża, bo inaczej by się nie opłacało tymi warstwami żonglować. Trzeba też bardzo uważać, żeby nie pomylić warstew ani części ciała lub nie zapomnieć czegoś zdjąć albo założyć. W zeszłym tygodniu na przykład, po wyjątkowo pospiesznym porannym rozbiorze nie mogłom się doszukać jednej wierzchniej skarpetki. Przetrzepałom dokładnie szafkę i plecak, ale nigdzie jej nie było. Wyparowała. Może rano została przed szafką i jakaś rachudła sakramencka ją uprowadziła, bezbronną? Trudno, pomyślałom, jedna tylna łapa mi zmarznie po drodze do Gniazda. Jednak łapa dojechała bezpiecznie, a nawet trochę spocona, bo okazało się, że przez cały pobyt w pracy ta skarpetka na niej siedziała. Owszem, było mi ciasnawo  w bucie, ale nie na tyle, żeby się temu dokładnie przyjrzeć. Ale co się naszukałom skarpetki po szatni to moje.

*fikotko – w języku Węża lekkie, nie dające ciepła odzienie.

Upał przesiedziałom w robocie. Nawet go nie zauważyłom, bo w BDS jest zimno jak w psiarni, do tego stopnia, że moje delikatne koleżanki wspomagają się grzejnikiem. Ja aż tak nisko nie upadłom, ale na halę dziś weszłom w termobluzce, którą zakładam na skuter, ze służbową koszulą przewieszoną przez ramię i trochę trwało zanim się w nią przeodziałom. Jakieś trzy godziny. Gdyż albowiem przed piątą wcale upału nie było, a już na pewno nie przy prędkości 60 kmph. Za to w drodze powrotnej było gorąco, lepko i dawało po oczach, w związku z czym skręciłom sobie w lewo, by nieco ukosem i przez wsie okoliczne przebzykać do Pabianiców, zwłaszcza że TIR siedział mi na ogonie, a ja bardzo tego nie lubię.

Zawsze zachwyca mnie, jak czasem można tylko o mały kawałek odbić od głównych szlaków i gęsto skupionych siedzib ludzkich, a wpada się w całkiem bajkowe zakątki. Wijące się piaszczyste dróżki, zboża łan zielonego aż do seldynu, ukwieconą łąkę nagle całkiem wśród lasu, wielką dziurę w całym po wydobyciu żwiru. Jazda na rowerze temu sprzyja, ale skuterkowanie także, bo można tam wjechać, gdzie samochód miałby problem, a razie czego sprawniej się ewakuować niż bicyklem. Tzn. Bzyką można, bo ona jest terenówka. Taką śliczną Vespą o talii osy, jaka niedawno stała przed BDS chyba bym się nie odważyło w obawie, że się gdzieś werżnę po ośki.

I tak sobie pyrkotałom przez przyrodę jak nieduża kosiarka spalinowa i nawet się zmęczyłom, bo wolna jazda po wertepach angażuje sporo grup mięśniowych. A gdy objawiłom się pośród miasta, to już było mniej upalnie, a za to parno i już było widać, że na zachodzie bynajmniej nie bez zmian, ale właśnie coś się szykuje. No i zdążyłom trochę poczytać, zjeść jakieś resztki, wypić kawę, bo bez kawy człowiek niemrawy i ptak, a zza sąsiednich bloków wyszło owo coś i piorunem, nomen omen, skropliło się na spragnioną ziemię. A ja kwiczałom radośnie, przyklejone do balkonowej siatki, klnąc, że mam taki słabosilny fotoaparat w telefonie. A teraz trzeba zakładać gacie, choć jeszcze huczy wokół nas i iść do Matki szykować żer na weekend.

Żeby tylko tankowanie. W końcu, nie doczekawszy się deszczu, wpadłom na racjonalizatorski pomysł, że w okolicach 23-ciej już raczej kolejki do myjni nie będzie. I miałom rację! Nie było jej wcale. Hondzia zalśniła i schowała się do garażu, a ja odpaliłom Bzykę i napawam się w czasie jazdy zapachem robinii. Niestety, słuchanie muzyki w czasie jazdy odpada, ale wszak nie można mieć wszystkiego, a często również prawie wszystkiego. Nocą również wytwarzałom knedle z truskawkami, bo mi dnia nie starczyło, a już obiecałom Matce, już przebrałom owoc, już stare pyry ugotowane witały się z gąską.

Nie starcza mi dlatego, że w pewnym sensie zamieszkałom w pracy. Stan osobowy zrobił się podbramkowy, tabliczki „czynne od 10 do 18″ wystawić nie lzia, a w dodatku kierownictwo ambitnie postanowiło mimo przeciwności zrealizować plan urlopowy. No, bo nie wiadomo, co będzie dalej, a przecież nie będziemy się potem wszystkie równocześnie urlopować w listopadzie. W rezultacie dwie są bez przerwy na posterunku, żeby trzecia mogła wypoczywać. Jak znam mojego pecha, to kiedy zbliży się czas mego planowanego wypoczynku, któraś się rozchoruje.

Ja w sumie już jestem rozchorowane, bo moja tarczyca chce mnie zabić, a już na pewno utuczyć i osłabić. To też nie wpływa pozytywnie na plan mego dnia, bo mimo wysiłków nie jestem w stanie zerwać się z łóża boleści o wyznaczonej godzinie. Zwlekam się się z trudem, siłą woli oraz z poczuciem, że w ogóle nie spałom. Do tego trochę sobie zreformowałom życie osobisto-towarzyskie i smutek mój widzę ogromny. A jak mój organizm reaguje na smutek? Spaaaać!! W rezultacie knedle były grane w późnych godzinach nocnych, bo coś żryć trzeba.

Kolejny dzień nie wstawiam Hondziochodu do garażu, bo przecież ma padać i czekam aż ją deszcz opłucze. Gdyż albowiem co podjadę na myjnię, to jest kolejka. K’sażaleniu, nie mam czasu stać w kolejce do myjni. Gawron by się przydał, dałoby się kluczyk i by sobie popalił papieroska w oczekiwaniu. Ech. Blaahh. A tymczasem ino mży i pojazd tylko coraz bardziej uciaplany. Za to mamy prezydenta, niech go świnia powącha.

Z drżeniem wątróbki pomaszerowałom dziś na czterech kołach na przegląd Hondziochodu. Wiem, nie powinno się przeglądać na ostatnią chwilę, ale naprawdę jakoś nie było mi po drodze. I tak nie przebiję zeszłego roku, kiedy pokiełbasiło mi się z przeglądem Bzyki tak dokładnie, że zorientowałom się dopiero, gdy miły policjant o godzinie 4.30 rano pozbawił mnie i Hondzię dowodu rejestracyjnego.

Dziś pan fachowiec oględził (czasownik od oględziny) mój starożytny rydwan, z okazji Prima Aprilisu przymknął oko na przepalone jedno pozycyjne i wysłał mnie pieszo po pieniądze, bo nie dysponowałom taką kwotą. Znów zapomniałom, że LPG generuje dodatkowe koszty z tej okazji. Omówiłom też kwestię opon całorocznych, wróć, teraz politycznie poprawnie jest nazywać je wielosezonowymi, bo moje przednie Michelinki mają już z 20 lat. Tylne Continentale tylko 9, ale zaczynają łysieć. Mam wrażenie, że znów nie kupię sobie wyczekiwanej szafy, bo za to nabędę kapetki dla samochodu w zaporowej cenie. Ale przecież nie dam jej byle czego na kółka, skoro samo podzieram w Adidasach. Kocham mój samochód – powinnom mieć z nią zdjęcie takie, jakie ludzie sobie robią z wielkimi, kudłatymi psami – jak stoi opierając mi przednie koła na ramionach. Może jakoś bym zniosło tę niecałą tonę.

A jak już jestem w temacie motoryzacji, to wczoraj jadąc do pracy kątem prawego oka zarejestrowałom zdarzenie, z powodu którego prawie spowodowałom kolizję. Otóż jadę sobie w ulewnym deszczu ze śniegiem, jak to bywa wiosną i widzę kawałek przede mną światło cofania, które skręciło w prawo i zniknęło. OK, myślę sobie, ktoś wjechał tyłem w bramę. A za chwilę na wysokości domniemanej bramy zobaczyłom samochód siedzący tyłkiem w głębokim przydrożnym rowie pod kątem 45 stopni. Nie wiem, jak ten człowiek to zrobił, że tak przestrzelił. Może to zła widoczność, może akurat kichnął, może był jeszcze gorszym kierowcą ode mnie, bo chyba nie wjechał do rowu celowo. Instynktownie chciałom się zatrzymać i pomóc, ale co mogłom zrobić moim szczupłym samochodem bez haka? Ale wciąż o tym myślę, może dlatego, że na początku mej kariery szoferskiej zrobiłom niemal to samo, z tym że rowy były zasypane śniegiem równo z drogą i kiedy poczułom, że coś ciągnie Hondziochód za kuper, to dałom całą naprzód i wyskoczyliśmy jak korek od szampana.

Jak tak sobie wspominam, to stwierdziłom, że muszę dla mych pojazdów ustanowić osobną kategorię blogową. Co niniejszym czynię.


  • RSS