ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Owocowy ptak

2 komentarzy

Winogrono i gorzka pomarańcza na wierzch, jabłuszko do wewnątrz.

Za oknem mojego pokoju wiedzie jedna z ulic prowadzących do pobliskiego kościoła, zatem co roku mogę obserwować naród, któren z koszyczkami wypełnionymi jadłem wszelakim bieży po doroczną dawkę wody święconej. W tym roku 90% koszyczków spowite jest w foliowe torebki ze spożywczego, zapewne w celach ochronnych. Tylko ochronnych przed czym? Deszcz nie pada, słońce nie praży. muchy się jeszcze nie wylęgli. Może tylko kurz. Ewentualnie sygnał dla mijających – wara wam od tego, co mam w swym koszyczku…

Zawsze mieliśmy raczej skromne menu świąteczne. I jakże tanie, bo kury zawsze coś tam zniosły. A już sałatka jarzynowa była kwintesencją samowystarczalności – tylko majonez się kupowało, bo nikomu nie chciało się go kręcić w domowym zaciszu. Jako nieodłączny element każdych świąt widzę Ojca, pilnie krojącego drobniutko składniki sałatki, jednym okiem zerkającego w telewizor. Ja dreptałam do piwnicy po groszek i ogóry, które latem przemocą wepchnęliśmy w słoiki. Matka zaś miotała się po kuchni, do bólu zestresowana faktem, że to nie dzień powszedni.

Dziś też zrobiłam sałatkę jarzynową, która teraz przegryza się w wygodnym pojemniku w lodówce. Taka tradycja, nie żebym się szczególnie przejmowała. I po prostu ją lubię. Nawet uwielbiam. Tę robioną przez siebie. W innym wykonamiu nigdy mi tak nie smakuje. Upiekłam jeszcze babkę parzoną, eksperymentalnie, bo z razowej mąki. Wyrosła trochę mniej niż zwykle, ale pachnie oszołamiająco. Wąż stwierdził, że chce zrobić sernik – ingrediencje czekają, dysząc niecierpliwie. Cukiernik in spe jest jednak nieobecny, albowiem udał się na imprezkę przedświąteczną z reprezentacją E-Pulsowiczów naszego miasta. Ciekawe, że średnia wieku jego znajomych to około 20 lat, a moich około 45. Chyba z obydwojgiem jest coś nie tak.

Życie seksualne ptaków, czyli gdzie jest mój żelik?

No tak, stało się, poszłam do łóżka z własnym mężem. Co świadczy o tym, że impreza urodzinowa była nadzwyczaj udana. Co z kolei nie znaczy, że zrobiłam to w pijanym widzie, choć uprzednio spożyto butelkę szampana. Ale to całkiej klawy prezent urodzinowy, n’est ce pas? Poza tym, stwierdziłam, że może jestem zbyt purytańska na obecne czasy i spróbuję zmienić swój stosunek do stosunku. Będę wyluzowana i ten tego, no, bardziej rozrywkowa. A może i nie będę, bo mi to, kurka wodna, jednak nie sprawia zbytniej przyjemności. Wnioski takie jak zawsze: gra wstępna nie tylko, że nie jest w stanie mnie doprowadzić do wrzenia, ale sprawia, że moje ciało coraz słabiej odczuwa bodźce, albo odczuwa je jako nieprzyjemne. Im krócej, tym lepiej. Ergo, jestem potencjalną mistrzynią szybkich numerków. Oczywiście bezorgazmowych, bo tego zjawiska nie miewam. No i z żelikiem, please, bo bez żeliku boli bardziej niż podnieca.

Gallina scripsit 06.03.2005 21:20

Życie to nie spacer

Nie lubię spacerować bez celu. Ergo, chyba wcale nie lubię spacerować, bo bezcelowość stanowczo mieści się w definicji spaceru. Czyli nie lubię łazić bez celu. Ale mogę spokojnie przekopytkować przez pół miasta w poszukiwaniu tortu. Zaś z życiem jest inaczej. Jak było napisane na blogu, życie to najwspanialsza podróż i można radować się samym faktem podróżowania. Na przykład faktem, że śnieg pada, i że jak się po nim łazi o godzinie 24.10, to wyraźnie słychać jak wydaje odgłos „mięk, mięk”.

Zawsze chciałam tak żyć, żeby nikogo nie krzywdzić. I zastanawiam się, czy jednak nie krzywdzę Węża tym, że nadal razem mieszkamy. Z tego powodu nie jest w stanie odłączyć się ode mnie uczuciowo i przyzwyczaić się do faktu, że to, co było nigdy nie wróci. On cały czas ma taką nadzieję, zamiast zacząć znów żyć po swojemu i cieszyć się własną podróżą, lub dążyć do własnego celu. A ja za to mam nadzieję, że tego „prezentu urodzinowego” nie potraktował jakoś zobowiązująco. W końcu do spraw seksu to on ma luźne podejście i sam wie, że nic z tego nie musi wynikać.

Te rozmyślania ostatnio zdominowały mój ptasi móżdżek, choć nie prowadzą do niczego konstruktywnego. To z powodu rozmów z Julią o Wężu i rozmów z Wężem o Julii.

Gallina scripsit 07.03.2005 12:04

Cwiety pachniate

Dwa hiacynty, które sobie zamieszkały na parapecie, pachną tak, że łeb urywa. Kiedy się wejdzie do Gniazda, od razu dociera do organu węchu ten aromat. Znam się z hiacyntami od zawsze, ale do tej pory spotykaliśmy się na powietrzu. I owszem, wiedziałam, że one pachną, i jak one pachną, ale nie przypuszczałam, że w zamkniętym pomieszczeniu są w stanie rozpachnieć się do tego stopnia.

Nabyłam je z myślą o późniejszym wsadzeniu cebul do gruntu na wsi, ale na razie cieszą się życiem i wyglądają przez okno, opierając głowy, różową i niebieską, o szybę.

Gallina scripsit 14.03.2005 11:19

Kilka miesięcy i poród?

Myślę, że Wężowi powinny odpaść uszy, albowiem jest obgadywany oraz analizowany dokładnie i od podszewki. Okazało się, że mój urodzinowy eksperyment przydał się do wykazania, jaki z niego kłamczuch i zdradziec. Właśnie tak, a nie zdrajca. Może przynajmniej Julia się od niego uwolni.

A co ja zrobię, że mu kiedyś obiecałam, że zawsze będę jego przyjacielem? Że złapię go, gdy będzie padał? Choć, gdy ja padałam, on mnie jeszcze popchnął. Ale coraz bardziej jestem przekonana, że bardziej mu się przysłużę, gdy odejdę. I ewentualnym przyszłym Juliom także. Tymczasem się miotam. Kładę na szalki wagi to, co dobre i to, co złe. Wiem, że gdy odejdę, to będzie to krok w wielką pustkę. Taką, której jeszcze nie doświadczyłam. Nigdy nie byłam zbyt odważna, a kiedyś już dałam wielki krok w nieznane. I to był błąd. Boję się ponownie zrobić błąd tej wielkości i klasy.

Po prostu zwyczajnie się boję. Że sobie nie poradzę. Że będę bardzo samotna. Nikomu niepotrzebna. Dobrze jest być potrzebnym, nawet gdy potrzebuje nas głupi, niedobry człowiek. A mieszkanie? Synogarlice na parapecie? Dzieciaki-pluszaki? Wszystkie wspólne sprawy? Za dużo mamy wspólnych spraw, za dużo razem robimy.

Czuję się jak w potrzasku. A hiacynty umierają i zaczynają wydzielać duszący, trupi zapach.

Gallina scripsit 16.03.2005 21:39

Imieniny u Króla

Nasz beloved Dyro imieninował, a że chciał też pokazać nam szkołę, której teraz dyrektoruje, zrobił to przy okazji, wyprawiając przyjęcie właśnie tam. To jest szkoła ZNP, gdzie czesne wynosi około 400 zł za miesiąc i od razu widać, że ma pieniądze. Dyro od razu zaczął rządzić po swojemu, czyli wszystko ma być na tip-top. I tu naprawdę ma możliwości, i zapewne tym razem za gospodarność go pochwalą. Ale ponoć atmosfera też nie jest rewelacyjna, choć z innych względów niż jakieś niesnaski wewnątrz grona. Inaczej, grono jest bardzo mało zżyte. Ludzie wpadają i wypadają, bo każdy ma tylko po kilka godzin, co przy tak małej ilości klas jest normalne. Trochę to smutne, bo Dyro oprócz gospodarności i ekonomicznego myślenia posiadał dar integrowania. A tu nie bardzo jest kogo. Ale kilka osób obok naszej paczki było, choć raczej nie z nauczycieli, lecz z personelu. No, i ze Związku. Miałam hm…, przyjemność poznać prawdziwego posła na Sejm. Ale mnie zaszczyt kopnął.

Oczywiście z okazji okazji przeżyłam nieodzowny stres z gatunku „W co ja mam się ubrać?”. A także drugi, groźniejszy, „Jaki prezent mam kupić?”. Myślałam, że może kupimy coś większego zbiorowo i będzie się można dołożyć do czyjegoś pomysłu, ale tym razem było indywidualnie. Z drugiej strony, raczej mi się skończył fundusz reprezentacyjny. Ostatecznie zrobiłam laurkę: wydrukowałam twarz Dyra w black and white, nakleiłam na kartonik, dokleiłam koronę, berło i czerwony płaszcz. Całość ozdobiłam złotą kokardką i takimże sznureczkiem oraz walnęłam napis The King. Może nie było to tak eleganckie jak butelka Martini, ale przynajmniej zabawne. Nadmienię, że tworzyłam rzecz całą w dzikim pośpiechu na pół godziny przed wyjściem z domu.

A w ogóle, to pogoda się zmienia i łeb mnie boli mnóstwo za bardzo.

Gallina scripsit 25.02.2005 17:55

Jak wiadomo, życie jest powieścią idioty

Quod erat demonstrandum. Zaczęłam pisać fragment tej powieści własnym skrzydłem, ale nie idzie mi tak, jakbym chciała. Przeciwnie, miast odstraszyć poniektórych, utwierdziłam ich w przekonaniu. Chyba czas, bym ja postawiła jakieś ultimatum. Albowiem boli mnie brzuch i nie mogę się skupić. Albowiem straciłam mnóstwo energii w sumie niepotrzebnie. Albowiem ktoś chyba kogoś kiwa, tylko dokładnie nie wiadomo kogo, bo kto, to rzecz znana(„Wróbel, wielkość znana”). Ino się boję. Lecz, jak napisał wyimaginowany John Foster:

Strach o grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizły wąż, który owija się wokół ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżajacego, jak żyć w bojaźni.

Podkreślam: zimny, oślizły Wąż, który tylko udaje, że jest chomikiem.

Gallina scripsit 02.03.2005 18:08

After the ordeal

Anus constans. Jedno mogę stwierdzić, stawianie ultimatum nie jest moją mocną stroną.

Gallina scripsit 03.03.2005 22:06

Be be be, kopytka niosą mnie

W związku z tym, choć wyszłam tylko na chwilę do pobliskiego sklepu, oblazłam pół miasta, ale wróciłam z tarczą, czyli tortem szwarcwaldzkim. Taka tradycja na Węża urodziny. A chciałam mu zrobić niespodziankę i po jego powrocie z Poznania wieczorową porą wyskoczyć, krzycząc „siurprajz!” i zademonstrować prezenta wszelakie. Zasłużył, bo jest dobry, grzeczny i się stara.

Względem mnie się stara, bo innej działalności nie będę oceniać. Nie mam chyba prawa oceniać. A w ogóle to powinnam być strasznie dumna, że stanowię taką wartość w jego życiu, że przetrwało to wszystkie Julie. Ale jakoś nie jestem. Lecz choć żałuję, że za niego wyszłam, to cieszę się, że się urodził i mogę mu zrobić malutką, kameralną imprezę. Zawsze byłam zdania, że urodzin nie powinien wyprawiać sam jubilat, ale to jego otoczenie powinno to robić dla niego.

Gallina scripsit 05.03.2005 20:06

Może nie do końca, ale cóś w podobie. Tak z okazji nadchodzących Świąt.

Mój poprzedni blog został zabity ponad miesiąc temu. Tylko i aż. Z początku wcale nie miałam ochoty nic pisać, tak mi było przykro. Po pewnym czasie zaczęłam pisać „do szuflady”, czyli w postaci pliku i zamierzam ten outcome tu zamieścić, żeby moi blogowi znajomi wiedzieli, co się ze mną działo. Nie żeby aż tak się działo, ale zawsze garść myśli ptasich się uzbierała.

Nazwa jest taka, a nie inna, albowiem Wąż w ramach samooczyszczania powiedział Julii, że „jeszcze się ze mnie nie wyleczył”. Poczułam się wtenczas bardzo zaraźliwa i wirusoidalna, i natychmiast obiecałam, że kiedy zrobię nowy blog, to tak właśnie dostanie na imię.

And here we are.


  • RSS