ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Na urodziny

3 komentarzy

Photo0166

Nie będzie już przypadków Matki. Nie będę się już wkurzać, że nie zjedzone, za dużo zjedzone, nie to zjedzone, co trzeba. Nie będzie telefonów trzy razy dziennie, opowieści o papużkach, powtarzania po raz setny starych dowcipów, głośnego czytania kolejnej „Ani”. I mnie też będzie trochę mniej. Moja Kwoka mnie zostawiła.

Jestem najsamotniejszym jajkiem na świecie.

Rezultat wyniku

5 komentarzy

Ledwie PiS doszedł do władzy, a u mnie już nie ma wody w kranie…

Idą wybory. Uwidacznia się ten fakt w ilości ryjów na płotach. Jakoś to znoszę. To nie moje płoty. Na swoim bym żadnego kandydującego ryja nie wywiesiło za żadne pieniądze, a proponującego pogoniłobym grubym kijaszkiem. Niestety, ryje zaczynają się też wysypywać ze skrzynek docelowo przeznaczonych na korespondencję, która to funkcja zachowała się głównie w nazwie „skrzynka na listy”. Ostatnimi czasy są to głównie skrzynki na ulotki reklamowe, a teraz jeszcze na ryje wyborcze. Jakaś niesympatyczna na oko dama uwiesiła się też na gumce do klamki mieszkania Matki, skąd zdjęłom ją zgrzytając dziobem. A dziś z osobistej skrzynki wyjęłom cały plik innej damy, wśród której mozolnie musiałom doszukiwać się własnej korespondencji. Wiem, że to za chwilę minie i zostanie gazetka z Netto, w którym nie kupuję plus zaproszenie na bezpłatne badanie słuchu, na które się nie wybieram, jednakowoż wzbiera we mnie chęć, by wziąć ten plik, udać się do biura tej pani i walnąć jej to na podłogę. Skoro ona może śmiecić u mnie, to i mnie wolno u niej.

Na początku był kłopot. Bo ja sobie wymyśliłom, że świeżo przybyły pisklak zamieszka wstępnie u Matki, a po kilku dniach zostanie przeniesiony do Gniazda. Akurat w pracy miałom totalne szaleństwo, a na weekend szykował mi się wyczekiwany wyjazd, tymczasem chciałom, żeby ptaszyna się już przyzwyczajała do człowieka, a nie siedziała sama w klatce. A ptaszyna się zbuntowała i nic nie brała do dzioba.

W rezultacie w sobotę po pracy, zamiast udawać się w okolice Częstochowy, udałom się do Łodzi, do weterynarza, z poskrzekującym pudełkiem do butów w roli pacjenta. Najpierw musiałom to pudełko napełnić Stefanem i zaprawdę, powiadam Wam, że było to traumatyczne przeżycie dla obojga. Dotarcie do kliniki, która znajduje się tuż przy nowopowstającym Dworcu Fabrycznym było traumą już tylko dla mnie i klęłom w żywy kamień, że nie mogłom pojechać Bzykunią.W klinice Stefan chciał pożreć chudziutkiego pana weterynarza, który stwierdził, że jak na istotę, która pości od tak dawna, to pacjent jest w świetnym stanie. Niesforny pacjent otrzymał kropelki na wzmocnienie, a ja zalecenie zbioru kupki w celu jej sprawdzenia na obecność robaków w papużce.

Oczywiście zaraz po przybyciu do Gniazda i instalacji klatki w docelowym miejscu Stefan się cudownie naprawił i rzucił na jedzenie. Co dowodzi prawdziwości tezy, że niektórych leczy już sama wizyta u specjalisty. Jednak na wszelki wypadek kropelki były podawane przez czas jakiś, a ja przystąpiłom do socjalizacji pisklaka. Akurat się zgrało z tegorocznymi letnimi upałami, dzięki którym bezproblemowo wstawałom o 6 rano i siadałom przy klatce, gadając i podsuwając przysmaki. Niestety, trzeba było chodzić czasem do pracy i oprzątać Matkę, a wtedy Stefan zostawał w towarzystwie grającego radia.

W końcu nastąpił oczekiwany przełom w naszych stosunkach, czyli pierwsze jedzenie z ręki, następnie drapanie po łebku i w końcu stawanie na dłoni. Gdyż chciałom osiągnąć to, co zaniedbaliśmy w wychowaniu reszty ptaszków, a mianowicie możliwość wsadzenia delikwenta do klatki w razie potrzeby zamiast wyczekiwania kiedy sam wejdzie i stosowania czarciej zapadki, żeby potem nie wylazł. Jak już ostrożny Stefan przekonał się, że ręka to rzecz dobra i przyjazna, to na tym ręcznym transporterze zaczął wyjeżdżać z klatki. Jako że jak każdy pisklak był zupełną porcją rosołową, to przez większość siedział grzecznie tam, gdzie go posadzono, ewentualnie odbywał dramatyczne loty dookoła pokoju, połączone z obijaniem się o co tylko się dało, bezradnym zwisaniem na zasłonce i spadaniem w różne kąty, z których był wydobywany przez kochająca mamusię.

Nie trwało to jednak długo. Stopniowo zaczęłom oswajać maleństwo z resztą mieszkania, a także z resztą mieszkańców. Sporo czasu spędzaliśmy w kuchni, gotując i sprzątając pandemonium, które się wytwarzało w trakcie tego zajęcia. Chodziliśmy też do łazienki, a w końcu całą klatką przenosiliśmy się okresowo do papuziego pokoju, którego lokatorzy centralnie olewali pojawiającą się i znikającą klatkę wraz z zawartością. W końcu jednak klatka zainstalowała się na stałe, dodatkowo zaopatrzona w werandę i balkonik, a zawartość zaczęła samorzutnie wyłazić na zewnątrz i pdejmować próby integracji, z czym bywa różnie. Ale o tym później, a na razie cykl rozwojowy Stefana w fotografiach – tytuł cyklu „Siadam na wszystkim”.

2015-08-09 09.28.11

2015-08-12 16.47.03

2015-08-15 13.45.21

2015-08-10 09.11.51

2015-08-17 10.09.06

2015-08-23 20.23.11

Photo0773

Mam całkiem sporo do napisania, ale jakoś mi nie idzie, natomiast dzisiejsze wydarzenie opisać sobie muszę ku pamięci, bo samo się zdziwiłom. Zaczęło się od tego, że Matka znów doprowadziła mnie do szału. Ponownie poszło o zeżarcie zapasu karmy na trzy dni i rozważam wynajęcie jakiejś osoby, która by Matce wydawała posiłki pod moją nieobecność. Gdyż moja nieobecność czasem zdarzać się musi, bo inaczej zamkną mnie u czubków. Anyway, już wczoraj siedząc na rynku w Olsztynie, tym koło Częstochowy, dowiedziałom się via łącze GSM, że muszę szybko wracać, gdyż wszystko już zjedzone. Nie zamierzałom już tego wieczora stanąć w drzwiach z pełnym garnkiem, zaproponowałom zatem wyciągnięcie z zamrażalnika pojemnika, w którym ostatnio zdeponowałom nadmiar indyka z warzywami i wchłonięcie tegoż. Nadmienię, że był to pojemnik o litrażu 500 ml, Matka jeszcze ugotowała jego zawartości do towarzystwa makaron i wciągnęła całość. Choć może należy się cieszyć, że nie zjadła tego bez rozmrożenia, razem z pojemnikiem.

Chwilowo nie zamierzam tu spisywać moich refleksji na temat opieki nad osobą, którą kochałom najbardziej na świecie, a która w coraz mniejszym procencie jest sobą. Cala historia z jedzeniem spowodowała tylko, że mój nastroj, całkiem dobry po wyjeździe, zrobił gwałtowny przewrót. Jak już się wyryczałom na ten temat, to z takim przewróconym nastrojem udałom się na zewnątrz celem iżby wynieść śmieci i po drodze napotkałom osobników, którzy mi dolali oliwy do ognia, względnie przelali menisk. Właściwie jednego, bo drugi był raczej statystą. A ten pierwszy stał tuż pod drzwiami klatki schodowej, młody, ładny chłopak, nagi do pasa, zapruty w trzy dupy i wywrzaskujący jakieś obelgi. Warknęłom tylko „przepraszam” i powędrowałom do śmietnika. Wracając już z daleka słyszałom głuche ogłosy uderzeń. Pijany chłopak walił pięścią w pleksi, które jest wstawione w drzwi mojej klatki. A mi dym poszedł uszami i już w połowie drogi wrzaskiem zadałom pytanie, czy ma jakiś problem.

„Mam problem!” odwrzasnął klatkowy agresor.
„To go rozwiąż, a nie napierdalaj mi w drzwi, człowieku!”

Próbował mnie bełkotliwie przegadać, wyjaśniając, że mój sąsiad jest mu winien pieniądze, on się zdenerwował i przecież nic złego nie robi. Ale ja byłom niesione gniewem i w krótkich, żołnierskich słowach kazałom mu się zabierać i walić we własne drzwi, zanim mi moje rozwali, ewentualnie zrobić dziesięć pompek, co świetnie koi zszargane nerwy. Chyba trochę się zdziwił, a jego kolega pękał ze śmiechu, ale od drzwi odeszli i siedli na ławce niepodal. A ja dopiero wtedy pomyślałom, że zachowałom się jak Wąż, tylko masę mam trochę mniejszą i łatwiej mi dać w dziób. Ale w razie czego mam dobre odejście.

W ramach dalszych zabaw z losem pomyślałom sobie, że mam za dużo rzeczy. To jest zresztą myśl, która pewnie prędzej czy później przyjdzie do głowy każdemu, kto ma nieustający remont i tylko wszystko przenosi z kąta w kąt. Po czym pięknego niedzielnego poranka, gdy szykowałom się do pracy, usłyszałom potworny łoskot, brzęk tłuczonego czegoś i moje płochliwe ptaszęta z kwikiem wzbiły się w powietrze. Potuptałom do źródła dzwięku i odkryłom, że półka z talerzami wzięła i się oberwała, a jej zawartość z hukiem wyjechała na środek kuchni, układając się w malowniczy stos skorup. Oczywiście, nie posiadam w swej skromnej kuchni porcelany miśnieńskiej, ale te stare talerze z Chodzieży odziedziczone po poprzednim właścicielu mieszkania bardzo lubiłom. I co gorsza życie stracił też piękny kwadratowy talerzyk z IKEI, com go dawno temu dostało w prezencie od koleżanki. W zamierzchłych czasach, gdy jeszcze miałom jakieś koleżanki. Wzdech. Życie choć piękne, tak kruche jest, zwłaszcza życie talerzyka.

Zostawiwszy ten bajzel na podłodze dosiadłom Bzyki i wyruszyłom do pracy. To jest zaleta bycia samotnym – zawsze można zostawić bajzel. Ostatnio nazbyt często mi się to zdarza i muszę się wziąć w karby, ale to akurat była wyjątkowa sytuacja. W pracy spędzałom czas głównie przekazując klientom informację, że nie mamy już basenów i wentylatorów. Niektórzy brali to na klatę, ale nie wszyscy. Niektórzy strzelali focha, bo jak to? Towar ma być!! A jak nie, to pójdą gdzie indziej. Szczęśliwej drogi, gdzie indziej też nie ma. Inni zaś nie dawali się łatwo spławić, jakby podejrzewali, że gdzieś pod nogami bunkruję stos towaru, żeby go odesłać po sezonie zamiast sprzedać.

„Jak sam pan widzi, jest pusta półka.”
„Ale może macie gdzieś w magazynie?”
„Zaręczam, że wszystko co było, sprzedało się wczoraj.”
„Ale może pani zadzwoni do tego drugiego BDS, może tam mają?”
„Ale to nie ma sensu, bo już dziś dzwoniłam i nic nie mają”
„Pani jest nieuprzejma!”
„Dziękuję, staram się jak mogę…”

To chyba ten upał tak działa. Już po zamknięciu BDS jakaś pani nie mogąc dostać się wejściem pobiegła do wyjścia i tam zażądała, żeby ją wpuścić, bo ona musi kupić basen. Rozumiem, że jest gorąco, ale nie przypuszczałom, że ludziom tak szybko się obwody przegrzewają. Może dlatego, że nie pada? W niedzielę wieczorem wyglądało to już tak obiecująco, aż się zatrzymałom na wiadukcie, żeby utrwalić ten cud natury:

2015-08-09 19.42.55Ów śliczny róż na dole chmury wywoływał przeciwległy zachód słońca, który wyglądał tak:

2015-08-09 19.43.19Niech państwo zwróci uwagę na te dynamiczne, industrialne linie linii energetycznej! Niestety, jakoś się rozeszło po kościach. Piękna chmura tkwiła sobie niewzruszona na południowym zachodzie i być może nawet się tam skraplała, bo jej urodziwy kształt klasycznego kowadła sugerował burzę.  A w mej okolicy, nie tkniętej dżdżem, zrobiło się tak:

2015-08-09 20.07.02I nie, nie jest to obóz koncentracyjny, jeno płot elektrociepłowni sąsiadującej z mym garażem. Nawiasem mówiąc, pracownicy elektrociepłowni to się chyba teraz trochę nudzą.

Photo0615

Zabrałom się do tego zadania metodycznie, choć początek był zgoła przypadkowy. Mianowicie miałom sen. Śniło mi się, że ktoś dał mi prezent – cudny, żywy i puszysty – oswojoną nimfę imieniem Stefan. Po przebudzeniu pomyślałom sobie, że uroczo byłoby rzeczywiście dostać taki prezent, ale w sumie jedyną osobą, którą mogłaby mi go dać jestem ja samo osobiście. Ostatecznie, skoro jestem ciężko samotne, uporczywie nikt mnie nie chce pokochać, a Matka mi się cofa w rozwoju, to może dodam kogoś do mego stada. Zatem wzięłom się do roboty i przeczesałom okolicę w poszukiwaniu nimfiego niemowlęcia, które mogłobym oswoić, bo moje dinozaury jakoś nie chcą się nieść tego roku. I tak oto rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu – właśnie skończył trzy miesiące, ma upierzenie w białe kropeczki, zawzięty wyraz dzioba i pochłania resztki mego wolnego czasu.


  • RSS