ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Co robi przedsiębiorca, który zagubił fakturę? Udaje się tam, gdzie ją wydano, po duplikat. Jeśli zdarzyło mu się zagubić tych faktur małe stado, co poddaje w wątpliwość kompetencje jego księgowego, udaje się po duplikaty przybierając postawę nieco uniżoną, a na wieść, że otrzyma adekwatne stado duplikatów już za godzinę nie posiada się z radości, a nawet grozi konsekwencjami.

Radosny Klient: „Jak wspaniale, bardzo pani dziękuję. Odwdzięczę się, naprawdę”
Ptak: „W ramach wdzięczności należy się 5 zł i gęś” (to taka nasza tradycyjna waluta w pracy)
Klient: „Ojoj, skąd mam wziąć gęś?”
Ptak niezłomnie: „A to mnie już nie interesuje, byleby miała długą szyję!”

Nawiasem mówiąc, nie wolno nam oczywiście przyjmować, buhaha, korzyści majątkowych. Zatem kiedy pewien radosny a niesforny klient zostawił na blacie ptasie, nomen omen, mleczko i oddalił się spiesznie ścigany okrzykami „Na litość, przecież mnie z pracy wyrzucą!”, to musiałom incydent zgłosić do odpowiednich czynników, które nakazały łapówkę skarmić odwiedzającymi nas dziećmi. Dobrze, że same nie zeżarły, te czynniki.

Tak sobie dziś stałom pod garażem wieczorową porą i słuchałom pipczenia. Coś pipczało cieniutko bardzo jakby daleko. Nie mogąc zlokalizować źródła spojrzałom w górę i oto były! Faktycznie bardzo daleko, ponieważ bardzo wysoko, krążyło stadko jerzyków, pipcząc na wyprzódki. Jeszcze kilka lat temu wcale ich nie było w mojej okolicy, a w tym roku istny wysyp. Być może mają z tym coś wspólnego małe, drewniane budki, które zawisły na szczytach bloków na całym osiedlu. Anyway, mnóstwo czarnych sierpików przecina niebo, zwinne są i bardzo akustyczne. Urocze te ptaszyny mają tak zbudowane nóżki, że w zasadzie służą im one nie do chodzenia, a jedynie do zawisania na jakimś występie skalnym lub blokowym. Ja jestem nielot, a one niechody. Ponoć nawet śpią w locie, co wcale nie jest takie dziwne, bo na przykład ja dziś wracałom z pracy na autopilocie, cicho pochrapując. Żeby spać w locie wystarczy być zatem odpowiednio zmęczonym, CBDO.

Skrada się cicho wśród cieni,
Chyłkiem, ukradkiem przemyka
Pod osłoną nocy
Wyrywa lebiodę z trawnika.

Deszcz mnie wyczekał aż pójdę na trening. Zanim zanurzyłom się kulawym truchtem w parku delikatnie kropiło, a już po chwili zaczęło coraz potężniej bębnić w liście. Gdzieś w połowie drogi opad nabrał takiej intensywności, że przedarł się osłonę z drzew i zafundował mi letnią kąpiel. Bo to był taki przyjemny, letni deszcz, w obu znaczeniach tego słowa. Zresztą nie robiło mi to różnicy, bo i tak już byłom mokre od potu, tylko musiałom zdjąć okulary. Robiło za to różnicę moim spodniom – była to różnica w długości. Nasiąknięte nogawki zaczęły się wlec po ziemi i jedną w końcu przycisnął do serca jakiś wystający korzeń. Nic to, zaceruje się. Oczywiście po drodze do Gniazda już padać przestało. Teraz czeka aż wyjdę do pracy.

Jest upał, jest upał! Wreszcie przyszedł, niech się radują wielbiciele tropików, których nie stać na wyjazd tamże i biedne dzieci, które wreszcie poczują, że mają wakacje. Bo wiadomo, że prawdziwe wakacje są wtedy, gdy się człowiek porządnie spoci. A może dzieci się nie pocą? Nie wiem, nie pamiętam. Ostatnio byłom dzieckiem w ubiegłym suleciu.

Tymczasem weekendową kulminację upałów spędziłom najpierw w samochodzie, który na szczęście ma klimatyzację nieco bardziej zaawansowaną niż obustronnie otwarte okna, następnie w rozgrzanym do czerwoności bloku na warszawskim osiedlu, potem w trochę mniej rozgrzanym bloku na innym warszawskim osiedlu, a końcówkę ponownie w samochodzie, lecz już po zachodzie słońca, więc się nie liczy. Natomiast spacer Wałem Wiślanym koło 21 polecam z całego ugotowanego drobiowego serca.

Po powrocie z wojaży zajrzałom do Matki, intensywnie się wietrzącej otwartym balkonem i spytałom, czemu nie wyciągnęła wentylatora. Spojrzała na mnie, a jej wzrok prowadził donikąd. „Maryśka, zapomniałaś, że masz wiatrak?” spytałom ze złudną nadzieją, że to tylko sen. „Yyyy…” odpowiedziała Matka w ramach kropki nad i. Boże, jeśliś jest, skróć mi nogę. Natomiast wczoraj wracając Bzykunią z roboty po zmroku, nie uwierzycie, ale zmarzłom i dziś się dogrzewam za pomocą pieczenia chleba, bo znudziła mi się owsianka na śniadanie.

Upał przesiedziałom w robocie. Nawet go nie zauważyłom, bo w BDS jest zimno jak w psiarni, do tego stopnia, że moje delikatne koleżanki wspomagają się grzejnikiem. Ja aż tak nisko nie upadłom, ale na halę dziś weszłom w termobluzce, którą zakładam na skuter, ze służbową koszulą przewieszoną przez ramię i trochę trwało zanim się w nią przeodziałom. Jakieś trzy godziny. Gdyż albowiem przed piątą wcale upału nie było, a już na pewno nie przy prędkości 60 kmph. Za to w drodze powrotnej było gorąco, lepko i dawało po oczach, w związku z czym skręciłom sobie w lewo, by nieco ukosem i przez wsie okoliczne przebzykać do Pabianiców, zwłaszcza że TIR siedział mi na ogonie, a ja bardzo tego nie lubię.

Zawsze zachwyca mnie, jak czasem można tylko o mały kawałek odbić od głównych szlaków i gęsto skupionych siedzib ludzkich, a wpada się w całkiem bajkowe zakątki. Wijące się piaszczyste dróżki, zboża łan zielonego aż do seldynu, ukwieconą łąkę nagle całkiem wśród lasu, wielką dziurę w całym po wydobyciu żwiru. Jazda na rowerze temu sprzyja, ale skuterkowanie także, bo można tam wjechać, gdzie samochód miałby problem, a razie czego sprawniej się ewakuować niż bicyklem. Tzn. Bzyką można, bo ona jest terenówka. Taką śliczną Vespą o talii osy, jaka niedawno stała przed BDS chyba bym się nie odważyło w obawie, że się gdzieś werżnę po ośki.

I tak sobie pyrkotałom przez przyrodę jak nieduża kosiarka spalinowa i nawet się zmęczyłom, bo wolna jazda po wertepach angażuje sporo grup mięśniowych. A gdy objawiłom się pośród miasta, to już było mniej upalnie, a za to parno i już było widać, że na zachodzie bynajmniej nie bez zmian, ale właśnie coś się szykuje. No i zdążyłom trochę poczytać, zjeść jakieś resztki, wypić kawę, bo bez kawy człowiek niemrawy i ptak, a zza sąsiednich bloków wyszło owo coś i piorunem, nomen omen, skropliło się na spragnioną ziemię. A ja kwiczałom radośnie, przyklejone do balkonowej siatki, klnąc, że mam taki słabosilny fotoaparat w telefonie. A teraz trzeba zakładać gacie, choć jeszcze huczy wokół nas i iść do Matki szykować żer na weekend.

Żeby tylko tankowanie. W końcu, nie doczekawszy się deszczu, wpadłom na racjonalizatorski pomysł, że w okolicach 23-ciej już raczej kolejki do myjni nie będzie. I miałom rację! Nie było jej wcale. Hondzia zalśniła i schowała się do garażu, a ja odpaliłom Bzykę i napawam się w czasie jazdy zapachem robinii. Niestety, słuchanie muzyki w czasie jazdy odpada, ale wszak nie można mieć wszystkiego, a często również prawie wszystkiego. Nocą również wytwarzałom knedle z truskawkami, bo mi dnia nie starczyło, a już obiecałom Matce, już przebrałom owoc, już stare pyry ugotowane witały się z gąską.

Nie starcza mi dlatego, że w pewnym sensie zamieszkałom w pracy. Stan osobowy zrobił się podbramkowy, tabliczki „czynne od 10 do 18″ wystawić nie lzia, a w dodatku kierownictwo ambitnie postanowiło mimo przeciwności zrealizować plan urlopowy. No, bo nie wiadomo, co będzie dalej, a przecież nie będziemy się potem wszystkie równocześnie urlopować w listopadzie. W rezultacie dwie są bez przerwy na posterunku, żeby trzecia mogła wypoczywać. Jak znam mojego pecha, to kiedy zbliży się czas mego planowanego wypoczynku, któraś się rozchoruje.

Ja w sumie już jestem rozchorowane, bo moja tarczyca chce mnie zabić, a już na pewno utuczyć i osłabić. To też nie wpływa pozytywnie na plan mego dnia, bo mimo wysiłków nie jestem w stanie zerwać się z łóża boleści o wyznaczonej godzinie. Zwlekam się się z trudem, siłą woli oraz z poczuciem, że w ogóle nie spałom. Do tego trochę sobie zreformowałom życie osobisto-towarzyskie i smutek mój widzę ogromny. A jak mój organizm reaguje na smutek? Spaaaać!! W rezultacie knedle były grane w późnych godzinach nocnych, bo coś żryć trzeba.

Kolejny dzień nie wstawiam Hondziochodu do garażu, bo przecież ma padać i czekam aż ją deszcz opłucze. Gdyż albowiem co podjadę na myjnię, to jest kolejka. K’sażaleniu, nie mam czasu stać w kolejce do myjni. Gawron by się przydał, dałoby się kluczyk i by sobie popalił papieroska w oczekiwaniu. Ech. Blaahh. A tymczasem ino mży i pojazd tylko coraz bardziej uciaplany. Za to mamy prezydenta, niech go świnia powącha.

2015-05-16 17.02.022015-05-16 17.02.37

Cóż, jakość moich weekendów pogarsza się w szybkim tempie. Pomijam już fakt, że ze względu na specyfikę mojej pracy rzadko mam wolny weekend jako taki – mam na przykład wolne sobotnie popołudnie, albo niedzielne przedpołudnie. Albo po prostu wolną niedzielę. Gratka mi się trafiła z okazji majowych świąt i miałom wolne aż trzy dni! Ale oczywiście jednego dnia miałom kupę zaległej roboty wokoło dwóch domów, zaś drugiego kilka godzin leżałom plackiem, bo trafiły mi się moje ukochane, niewiadomozczegosiębiorące zawroty głowy. Tylko trzeci dzień był przyjemny, bo miałom gości tych co zawsze, składaliśmy moje ikeowe szufladki i pojechaliśmy do lasu tropić fijoły oraz dzięcioły.

Zeszły weekend (czyli niedziela) miał być w założeniu upojny, ale w rezultacie siedziałom dwie godziny samo, bo Eskulapa poprosili sąsiedzi o pomoc przy chorym piesku. Potem pogoda się skaszaniła na tyle, że dalej siedzieliśmy w domu, aż do wielkiego finału, kiedy to nie poszliśmy do kina, bo pieskowi sąsiadów ktoś musiał zrobić zastrzyk. Oczywiście, mogłom się postawić i bezwględnie żądać kina, bo nawet zabrałom sukiękę na przebranie, ale przecież piesek to piesek, więc stwierdziłom, że w sumie kino możemy przełożyć.

A w ten weekend, który miałom mieć naprawdę solidnie wolny, okazało się, że mój kolega może wyskrobać dla mnie tylko trochę czasu na to przełożone kino, bo tu impreza, tu rodzinne zobowiązania i tak to. Stwierdziłom, że ponieważ wcześniej nie wtajemnicza mnie w swoje plany, to potem czuję się jak zapchajdziura. Na to dictum kolega się obraził. A ja dałom sobie w związku z tym bez żalu wsadzić niedzielne popołudnie w pracy.

Ponieważ Matkę obrobiłom wczoraj, to sobotę miałom mieć dla siebie. Co polega na tym, że zamiast leżeć plackiem i odpoczywać, snuję się po Gnieździe i robię mało efektywnie wszystko na raz. Oczywiście, pod pozorem robienia porządku w ciuchach i papierach stworzyłom taki bałagan, że już nie mogę na niego patrzeć i zaraz zastępczo pójdę pielęgnować Hondziochód – niech też ma coś z życia.


  • RSS