ptasia-grypa

Gniazdo Bis

Na początku był początek, czyli wzorcowa deszczowa piosenka ptasia z pętelką:

- Pada deszcz na ptaki, pada mokry taki, a po deszczu chodzi ptak i piosenkę śpiewa tak: pada deszcz na ptaki…

I tak dalej, w koło Macieju. A dalej można tworzyć dowolnie, zależnie, kto aktualnie został zmoczony. Dziś szło w ten sposób:

- Pada deszcz na mnika*, mnik z deszczu umyka, woli zwinąć się w kuleczkę i podrzemać choć troszeczkę.

- Pada deszcz na Hondzię, a Hondzia się cieszy, bo po dniach bez deszczu czystością nie grzeszy.

- Na Drakulkę** deszczyk pada, Drakulka jest z tego rada, bo odmoczy te kałmocze, co zostały jej po sroce.

- A Hondzia jednak trochę się gniewa, bo spadły na nią też kwiatki z drzewa. Wprawdzie jest teraz bardziej umyta, lecz w żółte cętki cała spowita.

A potem przestało padać i pojechałom do roboty. I kwiatki mi zwiało.

* jamnik. W myśl zasady ja mnik, ty mnik, on mnik itd.
** samochód mego kolegi, pochodzenia rumuńskiego. Samochód, nie kolega.

Dod wędrowniczek

4 komentarzy

Na ogólne pocieszenie Ptaka zrobiłom sobie dziś spacer. Ponieważ Eskulap i Jamnik nocowali dziś w Gnieździe, to poprosiłom o zawiezienie mnie do pracy, skąd zamierzałom wrócić pieszo, przebywając 12 kilometrów. Oczywiście mój zamiar spotkał się z przerażeniem i usiłowano mnie od niego odwieźć, ale się zaparłom. Niby mogłobym po powrocie z pracy obejść park dwa razy dookoła i w sumie na to samo by wyszło, tylko bałom się, że po tymże powrocie nie będzie i się już chciało wyjść. Natomiast zostawione w niedzielę wieczorem pod BDS bez środka lokomocji nie będę miało wyjścia.

Poszłom zatem, robiąc zdjęcia chmurom póki było światło i gładząc wszystkie napotkane po drodze winniczki. A po deszczu wyroiły się ich istne stada, więc ten proceder przynajmniej o kwadrans wydłużył mą marszrutę. Ale nie mogę się oprzeć tłustemu ślimakowi, który statecznym pędem pokonuje chodnik na przełaj. Widziałom też nietopyrza i mgłę, która pchała się od pól na tyły mijanych gospodarstw. Nawdychałom się zapachu trawy, porządnie zmoczonej deszczem i jestem znacznie bardziej zadowolone niż 24 godziny temu.

Nieco dalszy ciąg

4 komentarzy

Dzięki, kobiety za dobre słowo. Bo wprawdzie nie siadłom i nie zapłakałom na tę wieść, ale refleksje mnie różne oblazly nieprzyjemne. Nie zapłakołom może dlatego, że opłakałom go już dawno. Odkąd zniknął i nie dawał znaku życia, to wiedziałom, że na pewno nie jest dobrze. Gdyby było lepiej, to odezwałby się na pewno do Matki. Do mnie może by się bał, ale ona usłyszałaby w telefonie lub domofonie skrzeczącym głosikiem zawołane „mama?!”

A ja myślę o tym, jak mały mamy wpływ na życie, swoje i cudze, mimo całego tego gadania o kowalach. Człowiek, który zamieścił tę wiadomość, napisał to w tonie nieco oburzonym, że jak mogą ludzie składać życzenia ot, tak, a jak żył, to się nikt nie zainteresował. Owszem, zainteresował się. Gdybym miało wyliczyć ludzi, którzy próbowali pomóc Gawronowi, to nie starczyłoby mi palców. Ale nie da się żyć za kogoś, brać za niego leków, chodzić na terapię i do pracy. A czasem trzeba brać nogi za pas, bo samemu chce się żyć. Jednak i tak mam wyrzuty sumienia.

A także mam Gawronie zdjęcia, które u mnie zostawił na przechowanie. Miał odebrać, jak wreszcie stanie na nogi. Mogę je tylko odesłać do wuja Janka, bo zawieźć nie dam rady.

Już nie pamiętam, kiedy powiedziałom Gawronowi, że ze względu na własne zdrowie psychiczne nie jestem już w stanie mu pomagać. Matka też go poprosiła, żeby nie przychodził do niej pijany. Wziął to na klatę i zniknął. Matka cały czas ma go w znajomych na FB i dziś pojawiły się na jego profilu życzenia urodzinowe od kogoś ze znajomych. A potem komentarz od kogoś innego, że ludzie te życzenia składają, a on już od pół roku nie żyje. To może być prawda, ale nawet nie chcę tego wiedzieć. Gdziekolwiek jest, nawet jeśli już na innym świecie, to może wreszcie jest spokojny i szczęśliwy.

Miało być więcej pitutków:

2015-04-01 11.33.12mini

Ta obdarta tapeta w tle to też ich dzieło.

Z drżeniem wątróbki pomaszerowałom dziś na czterech kołach na przegląd Hondziochodu. Wiem, nie powinno się przeglądać na ostatnią chwilę, ale naprawdę jakoś nie było mi po drodze. I tak nie przebiję zeszłego roku, kiedy pokiełbasiło mi się z przeglądem Bzyki tak dokładnie, że zorientowałom się dopiero, gdy miły policjant o godzinie 4.30 rano pozbawił mnie i Hondzię dowodu rejestracyjnego.

Dziś pan fachowiec oględził (czasownik od oględziny) mój starożytny rydwan, z okazji Prima Aprilisu przymknął oko na przepalone jedno pozycyjne i wysłał mnie pieszo po pieniądze, bo nie dysponowałom taką kwotą. Znów zapomniałom, że LPG generuje dodatkowe koszty z tej okazji. Omówiłom też kwestię opon całorocznych, wróć, teraz politycznie poprawnie jest nazywać je wielosezonowymi, bo moje przednie Michelinki mają już z 20 lat. Tylne Continentale tylko 9, ale zaczynają łysieć. Mam wrażenie, że znów nie kupię sobie wyczekiwanej szafy, bo za to nabędę kapetki dla samochodu w zaporowej cenie. Ale przecież nie dam jej byle czego na kółka, skoro samo podzieram w Adidasach. Kocham mój samochód – powinnom mieć z nią zdjęcie takie, jakie ludzie sobie robią z wielkimi, kudłatymi psami – jak stoi opierając mi przednie koła na ramionach. Może jakoś bym zniosło tę niecałą tonę.

A jak już jestem w temacie motoryzacji, to wczoraj jadąc do pracy kątem prawego oka zarejestrowałom zdarzenie, z powodu którego prawie spowodowałom kolizję. Otóż jadę sobie w ulewnym deszczu ze śniegiem, jak to bywa wiosną i widzę kawałek przede mną światło cofania, które skręciło w prawo i zniknęło. OK, myślę sobie, ktoś wjechał tyłem w bramę. A za chwilę na wysokości domniemanej bramy zobaczyłom samochód siedzący tyłkiem w głębokim przydrożnym rowie pod kątem 45 stopni. Nie wiem, jak ten człowiek to zrobił, że tak przestrzelił. Może to zła widoczność, może akurat kichnął, może był jeszcze gorszym kierowcą ode mnie, bo chyba nie wjechał do rowu celowo. Instynktownie chciałom się zatrzymać i pomóc, ale co mogłom zrobić moim szczupłym samochodem bez haka? Ale wciąż o tym myślę, może dlatego, że na początku mej kariery szoferskiej zrobiłom niemal to samo, z tym że rowy były zasypane śniegiem równo z drogą i kiedy poczułom, że coś ciągnie Hondziochód za kuper, to dałom całą naprzód i wyskoczyliśmy jak korek od szampana.

Jak tak sobie wspominam, to stwierdziłom, że muszę dla mych pojazdów ustanowić osobną kategorię blogową. Co niniejszym czynię.

O całkiem czym innym miałom w końcu napisać, ale taki cudny dzień był dzisiaj, że aż muszę go uwiecznić. Jak dla mnie, to tak jak dziś mogłoby już być aż do późnej jesieni. Oczywiście plus zieleń. Już się nie mogę doczekać aż wszędzie powyłazi zielone. Wywlokłom Matkę na pierwszy duży spacer, bo przez zimę była tylko świńskim truchtem przez ulicę u lekarza i troszkę dalej u fryzjera. Oczywiście, najęczała się przed wyjściem, strasząc, że pewnie będzie musiała jechać na wózku o dźwięcznym imieniu Mercedes, ale potem zasuwała szparko aż do miejscowego centrum handlowego, gdzie spoczęła w jadłodajni z kubkiem Pepsówki w garści. Nie macie pojęcia, ile taka mała Matka jest w stanie zjeść.

Odstawiwszy Matkę w bezpieczne objęcia jej domowej toalety pognałom do dentysty rekonstruować padły ząb. Przed przychodnią na trawniku przywitała mnie kosiowa siłująca się z robakiem, którego próbowała wciągnać do dzioba. A wieczorkiem omarszobiegałom Central Park rozmyślając nad zmianą planu treningowego na jakiś bardziej skuteczny. Zmrok zapadał niespiesznie, a ćwierki ptaszkały jak szalone, dzwoniąc i gwiżdżąc na wyprzódki. Gdzieś w krzakach siedział ktoś bardzo malutki i pipczał, jakby go naciskano na brzuszek. I jak tak sobie kusztykałom, to zobaczyłom na ścieżce dużą, dorodną, lśniącą wilgotną świeżością, nie bójmy się tego słowa, kupę. Z gatunku luźniejszych. Musi jakiś piesek miał lekkie rozwolnienie, pomyślałom mijając ją zygzakiem, a wtedy ona dostała oczek i nóżek, i oddaliła się energicznie. Bo to była przepiękna ropucha.

Pogodne późnomarcowe popołudnie w BDS, ruch znikomy. Stoję sobie i obsługuję pana klienta, podczas gdy pani klientowa lekko się nudząc spaceruje wzdłuż i wszerz. Wtem wpada z przerwy koleżanka Małgo i widząc jedną nieobsługiwaną osobę szybko rzuca strategiczne pytanie:

„Państwo są razem?”

Ja do klienta konfidencjonalnie: „Ale ciekawska, prawda?”

Dzisiaj do mnie przyszło. Nie mówili, ale dali mocno odczuć. ( Kazik )

11.33.13mini

Raz, Dora wkleiła w komentarze do poprzedniej notki link z tak cudną zawartością, że muszę go bardziej upublicznić. Dwa, Józef miał wczoraj imieniny. Otrzymał mnóstwo całusów w coło oraz perełki miodowe do podziału z resztą rodziny. Oraz odbył sesję ćwiczeń rozciągających. Gwoli ścisłości, rozciągałom się ja, a Józef kibicował, przemieszczając się po mych plecach.

Umarło wspaniałe poczucie humoru połączone z niezwykłą wyobraźnią, kreatywnością i zmysłem obserwacji. Terry Pratchett nas zostawił samych.


  • RSS